sobota, 25 czerwca 2016

Co z nami robi internet, czyli zbiór moich spostrzeżeń ;)



Witam wszystkich po dość długiej nieobecności! Oto ja, powracam niczym syn marnotrawny, by podzielić się z Wami kolejną porcją moich przemyśleń ;) Ze względu na dość długą przerwę miałam trochę czasu na poczynienie pewnych spostrzeżeń, a oto ich rezultaty. Tym razem na tapetę wzięłam internet i jego wpływ na co poniektóre osobniki. Jednak nie ma co przedłużać- zaczynajmy! 


Wielu z Was z pewnością choć raz spotkało się ze stwierdzeniem "Kozak w necie, p*zda w świecie". Cóż, do niedawna nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak prawdziwe jest to stwierdzenie. Swego czasu zaczęłam udzielać się na pewnym portalu związanym ze śpiewem. Ludzie robią tam to, co kochają, a przynajmniej powinni... No właśnie, powinni. Nie zliczę nawet złośliwości, które wypływały od niektórych. W moim ostatnim poście pisałam, że "człowiek człowiekowi wilkiem". Cóż, bardziej pasuje tu "człowiek człowiekowi człowiekiem". Może to ja jestem ograniczona, ale nie rozumiem idei "podcinania skrzydeł" innym czy naśmiewaniu się z nich na fb, kiedy samemu nie ma się nic specjalnego do zaoferowania. Zwłaszcza, że w większości są to ludzie, którzy się znają i nierzadko udają "przyjaciół". Rozmawiałam kiedyś z pewną siedemnastoletnią dziewczyną. Jej nagranie zostało wyróżnione z niewielką pomocą koleżanki, o czym sama zainteresowana nie miała pojęcia. Następnego dnia pod jej nagraniem zaroiło się od negatywnych komentarzy teoretycznie dorosłych i poważnych osób. Tylko dlatego, że ktoś postanowił jej pomóc. Inni publikują cudze nagrania na fb i w komentarzach wyśmiewają się z danej osoby, jednak nie mają na tyle odwagi, by powiedzieć czy napisać jej swoją opinię osobiście. 


Ostatnimi czasy nabrałam zwyczaju przeglądania komentarzy pod różnego rodzaju artykułami. To, co tam zastałam, wzbudziło we mnie grozę. Nie wiedziałam, że ludzie są zdolni do takich pokładów nienawiści. Czytając niektóre z nich było mi po prostu żal tych ludzi. Pół biedy, kiedy piszą na portalach informacyjnych jako anonimowi użytkownicy, ale komentarze na fb nie są wcale lepszej jakości. Czasami mam wrażenie, że ludzie włączając komputer czy internet w telefonie jednocześnie wyłączają myślenie. Właściwie to prawie zawsze. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego przemawia przez nas tyle zawiści i zazdrości. Przykład? Weźmy chociażby takiego Lewego. Większość społeczeństwa nie potrafi nawet w 1/1000 grać tak dobrze jak on, a i tak zawsze znajdzie się jakiś pseudo-mędrzec, który wie wszystko o wszystkim i wszystkich. Nie strzelił gola? Co z tego, że ściąga na siebie uwagę obrońców, przez co inni mogą zdobywać gole, i tak jakiś "znawca" powie, że to drewno i nie powinien grać. Właściwie to im więcej człowiek robi i ma do zaoferowania, tym bardziej jest krytykowany. I co najbardziej mnie śmieszy, taka osoba w wypadku osobistego spotkania potrafiłaby tylko jarać się zdjęciem i autografem, a odwagi na powiedzenie tego wszystkiego by "tak jakoś" jej zabrakło. Bo przecież po co, skoro wszystko zostało już napisane w internecie? ;)



Ostatni i zarazem najbardziej przerażający moim zdaniem przykład to to, co internet robi z relacjami interpersonalnymi. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do internetu, że zatraciliśmy umiejętność nawiązywania znajomości twarzą w twarz. Coraz trudniej jest nam powiedzieć coś komuś w twarz, za to z wielką przyjemnością napiszemy o wszystkim na "spotted" czy "hejted". Z sekretów wolimy zwierzyć się całkiem obcym ludziom na "anonimowi" czy "wyznajemy", niż porozmawiać z przyjacielem. Swoją drogą, w dobie internetu, coraz trudniej jest znaleźć prawdziwego przyjaciela. Ludzie, którzy w internecie dogadują się świetnie, w prawdziwym życiu nie potrafią najczęściej ze sobą rozmawiać. Zamiast spotkać się przy kawie, wolą rozmawiam na komunikatorze, bo "szybciej, łatwiej, można zaoszczędzić czas". A co robisz z tym czasem? Spędzasz go w internecie. A nawet jeśli spotkasz się ze znajomymi, to po pewnym czasie i tak sięgasz po telefon i "przeglądasz fejsa" lub inną stronę. Nie chcę tu generalizować, ale zatrważająca większość naszej społeczności boryka się z tym problemem ( i ja niestety też czasem muszę się z nim mierzyć). Pojechałam kiedyś z koleżanką za granicę. Pierwszą rzeczą, którą się zainteresowała, było zakupienie karty z internetem. Gdy już to zrobiła, prawie cały czas spędziła na fb, tak jakby ktoś jej ten telefon do ręki przyszył. Całe 9dni bezustannego klepania w telefonie. W dzień i w środku nocy, w domu i na zewnątrz, w sklepie i w muzeum. Cały czas. Wtedy byłam przerażona, że tak się da, a teraz? Teraz to nie robi na mnie już wrażenia. Czasami mam wrażenie, jakby całe życie przeniosło się do internetu. Nie masz konta na fb, twitterze czy innym portalu? Człowieku, jak ty się uchowałeś? Nie wiesz, co Cię omija! No właśnie- nie wie, bo spędza czas inaczej. Żyje prawdziwym życiem, nie marnuje go na oglądanie durnych filmików czy obrazków. Ma prawdziwych przyjaciół, a nie "internetowych". Spójrzmy prawdzie w oczy- ilu z Waszych (zapewne licznych) znajomych z fb odwiedziłoby Was w szpitalu, gdyby coś Wam się stało? Myślicie, że większość? Ha! Na ponad 700 moich znajomych może z 10 napisało i spytało, jak się czuję. Nie wliczając rodziny. 10 osób. Słownie DZIESIĘĆ. Wszystkie, z którymi utrzymywałam wtedy bliższe kontakty. Smutne? Trochę. Jednak będąc rozeznaną w dzisiejszych czasach uważam, że to i tak dużo. Nie liczyłam na odwiedziny, bo to było za daleko, ale jak myślicie, ilu z Waszych znajomych odwiedziłoby Was, gdybyście byli w szpitalu w swoim mieście? Pewnie jeszcze mniej, niż by napisało. Sad, but true.


Na koniec taki paradoks: internet został stworzony po to, by zaoszczędzić ludziom czasu. Cóż, chyba coś poszło nie w tą stronę, w którą powinno. Mam nadzieję, że po przeczytaniu moich rozmyśleń chociaż na chwilę usiądziecie i przemyślicie swoje życie. Czy właśnie tak chcieliście spędzać swój wolny czas? Czy właśnie w ten sposób wyobrażaliście sobie swoje życie? Wstańcie i wyjdźcie na dwór, bez słuchawek, bez telefonu. Wyjdźcie i pójdźcie na przykład do parku. Podziwiajcie okolicę, podziwiajcie dźwięki natury. Odetnijcie chociaż na chwilę tą pępowinę łączącą Was z telefonem i internetem. Obiecuję, że nie będziecie żałować! Ja tymczasem uciekam do swojego życia! 









Do napisania!


poniedziałek, 7 marca 2016

... a kiwi kiwi kiwi"

Witam! Dzisiaj będzie krótko, z zahaczeniem o tematy polityczne. Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę ich tu poruszała, jednak po tym, co ostatnio czytam, postanowiłam (przynajmniej częściowo) nagiąć zasady. So, let's get it started! ;)



Chyba nie muszę pisać, kto wybory wygrał, kto przegrał i musiał oddać władzę, kto do sejmu się nie dostał, a kto się dostał, ale poza wnoszeniem o przerwy niewiele robi- każdy mniej lub bardziej jest w tym zorientowany. Nie będę pisała o moich preferencjach politycznych, bo te nie mają tu większego znaczenia. Nie wypowiadam się też o KODzie itp, itd, ale ludzie. Błagam. Opanujcie się! Rozumiem, że nie lubicie obecnej władzy. Że może nie podobać Wam się obecny prezydent. Ale życzyć komuś ŚMIERCI?! No błagam, bądźmy poważni. Najgorszemu wrogowi bym tego nie życzyła, a co dopiero teoretycznie obcemu człowiekowi, który bezpośrednio mi nic nie zrobił. Jak można napisać coś takiego?! Tyle mówi się teraz o pomaganiu innym, o humanitaryzmie, o uchodźcach, że biedni, że przed wojną i śmiercią uciekają, a jednocześnie życzyć śmierci komuś innemu? Tylko dlatego, że jest z innej opcji politycznej? Dokąd zmierzasz, ludzkości? 




"Człowiek człowiekowi wilkiem...

sobota, 27 lutego 2016

O sztuce przebaczania, czyli jak ułatwić sobie życie ;)



Witajcie w Nowym Roku! Tak, wiem, to powinno być jakieś 2 miesiące temu, jednak trochę się u mnie działo- szpital, sesja, chociaż ona nadal trwa, do tego miliard spraw osobistych... Nie czas jednak roztrząsać się nad moim życiem prywatnym, więc przejdźmy od razu do tematu ;) Już na samym początku zaznaczam, że jest to kolejny post z moimi przemyśleniami, więc jeśli masz jakieś ale, wciśnij CTRL+W. Resztę zapraszam do lektury ;)



W moim życiu, jak do tej pory, pojawiło się sporo "skomplikowanych" sytuacji. Nie wiem, z czego to wynika (może po prostu jestem za dobra dla ludzi), ale do tej pory niewiele moich znajomości nie skończyło się tym, że zostałam sama i wykorzystana. A przynajmniej tak się czułam. Podstawówka, liceum... Gdybym miała wypisać wszystkich, to post ciągnąłby się w nieskończoność, a pewnie i tak bym o kimś zapomniała. Czasami lżej, czasami mocniej, jednak zawsze czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek mnie. Wziął, zmiął i wyrzucił. I tu muszę zaznaczyć, że mam, nieskromnie mówiąc, bardzo dobrą pamięć. Przez te lata trochę się tych osób nazbierało, trochę dużo. I czasami, gdy miałam gorszy dzień, przypominałam sobie co poniektóre sytuacje. Zwłaszcza wtedy, gdy już leżałam zapłakana w łóżku (wahania hormonalne, te sprawy- kobiety rozumieją, mężczyźni znają z doświadczenia ;) ). 



Gdy zaczynałam studia, napisałam do pewnej dziewczyny. W szkole nie przepadałyśmy za sobą, jednak tu załapałyśmy od razu kontakt i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że się zakolegowałyśmy. Przynajmniej w pewnym stopniu. Siedziałam u niej na herbacie i jakoś zeszłyśmy na temat starych czasów. Przeprosiłyśmy się, pożartowałyśmy nawet z tego, jakie byłyśmy... I powiem szczerze, że coś wtedy we mnie drgnęło. Wróciłam do siebie i zaczęłam rozmyślać. Wcale nie musiała mi pomagać. Mogła dalej trzymać w sobie urazę, mogła mnie wyśmiać, kazać "spadać na drzewo" i miałaby do tego jak najbardziej prawo, a mimo to mi pomogła. Wtedy po raz kolejny już zaczęłam się zastanawiać, czy nie łatwiej byłoby po prostu przebaczyć i zapomnieć?




Łatwo powiedzieć, znacznie trudniej wykonać. Jednak od tamtego dnia codziennie próbowałam coś z tym zrobić. Przebaczyć chociaż trochę. Chociaż trochę spróbować wyprzeć z głowy złe wrażenia, które pozostały i przywołać te dobre. Nie było łatwo, od razu mówię. W najbardziej kryzysowych momentach cała złość powracała ze zdwojoną mocą i gdybym wtedy spotkała te osoby... Cóż, mogłaby z tego wyniknąć niemała kłótnia. A potem był moment, gdy całe życie stanęło mi przed oczami. No dobra, może nie całe, ale przynajmniej połowa. Ta znacznie lepsza połowa. Każda jedna chwila spędzona z tamtymi osobami. Dyskoteki, przerwy, wycieczki, kluby... I uświadomiłam sobie, że wtedy byłam szczęśliwa i nawet pomimo tego, jak się skończyło, to powinnam być wdzięczna tym osobom za chwile, które teraz mogę wspominać z uśmiechem. Jasne, że niektóre wspomnienia bolą. Albo inaczej- boi świadomość, że te chwile już nie wrócą. A przynajmniej nie w takim składzie, w jakim je przeżyłam. Ale mimo to staram się o nich myśleć. 




Czy przebaczyłam? Tak. Mimo, iż niektóre rzeczy będę pamiętała, zwłaszcza niektóre zakończenia, jednak to nic w  porównaniu z tym, co zyskałam. Wybaczam i sama o to wybaczenia proszę, bo kto jak kto, ale ja święta też nie byłam ;) Dzięki temu czuję się z pewnością lepiej, jest mi najzwyczajniej w świecie lżej, no i w pewnym sensie wiem, że mogę w 100% ruszyć naprzód. 




Co poradziłabym innym? 



Pielęgnujcie w sobie te dobre wspomnienia, nie rozpamiętujcie, nie chowajcie urazy, nie odkładajcie niczego na później- bo później może nigdy nie nadejść. I przede wszystkim doceniajcie to, co macie.  Jesteśmy tylko ludźmi, a każdy człowiek popełnia błędy. Życie jest za krótkie, aby się przejmować ;). Ja tymczasem uciekam do swoich spraw, a Wam życzę udanego weekendu lub, jeśli ktoś jest w podobnej sytuacji, udanych ferii ;)




Do zobaczenia!










sobota, 2 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015 + życzenia :)

Kolejny rok za nami. Mam wrażenie, że każdy rok przemija coraz szybciej. A może to my śpieszymy się coraz bardziej? W każdym razie mamy już rok 2016, czas więc podsumować 2015 :)

Czy 2015 był lepszy od 2014?

1. Skończyłam szkołę
2. Zdałam maturę
3. Zaczęłam studia
4. Przekonałam się, na kogo mogę liczyć
5. Poznałam przecudownych ludzi
6. Umocniłam przyjaźnie
7. Odcięłam się od toksycznych ludzi
8. Rozwijam swoją pasję
9. Nikt mi nie umarł
10. Dotrzymuję słowa
11. Powiększyła mi się rodzinka :D


Taak, zdecydowanie był lepszy. Mimo iż w moim życiu pojawiła się mała niespodzianka i ostatni czas zmuszona jestem do abstynencji, to nie mogę narzekać. Mam przy sobie przyjaciół, którzy mnie wspierają i zawsze służą dobrą radą i ramieniem, a przede wszystkim znoszą moje kryzysowe momenty. I za to im dziękuję z całego serducha. Co do postanowień noworocznych... W tym roku nie robię żadnych. Chcę być po prostu coraz lepszym człowiekiem i cieszyć się z tego, co mam. A jak wyjdzie, to zobaczymy za rok :)




Dobrze, na mnie już czas. Wracam do pakowania się i mam nadzieję, że będę miała okazję za niedługo dla Was napisać. Tymczasem życzę Wam szczęścia i radości w Nowym Roku.  Szczęścia, zdrowia i miłości, bo to trzy najważniejsze rzeczy. A ja dziękuję..


-> dziękuję Wam za to, że tu wchodzicie i to czytacie.
-> dziękuję najbliższym za wsparcie.
-> dziękuję Rodzicom i mojej siostrze
-> dziękuję Nice, Piotrkowi, Damianowi, Kasi, Magdzie, Emilce, Mateuszowi, Ajce, Oli i Klaudii... Dziękuję, że jesteście. Że byliście.




Do usłyszenia :)





czwartek, 12 listopada 2015

O sile słów, czyli jak ważne potrafią być słowa ;)

Tym razem moja wena na pisanie nie odeszła na długo, więc znów pragnę podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami. Częściowo będzie to wpis edytowany (pierwotna wersja pojawiła się na blogu pod koniec stycznia), jednak chciałabym coś jeszcze dodać, być może rozszerzyć post. Nie wiem, jak wyjdzie, jednak to pozostawiam do oceny Wam. Zatem życzę Wam miłej lektury i zabieram się do pracy. Dziś znów pochylę się nad siłą słów. Ale dość tych wstępów. Zaczynamy!



Mam za sobą dość intensywny okres. Zmieniłam miejsce zamieszkania, zaczęłam studia za granicą, co wbrew pozorom wcale nie było łatwe do zorganizowania. Niejednokrotnie jeździłam do Berlina, siedziałam po nocach pisząc eseje czy wypełniając dokumenty i parę razy byłam bliska powiedzenia sobie dość. Kiedy nie odnajdywałam się w dość skomplikowanych procedurach rekrutacji, miałam ochotę usiąść i rzucić to wszystko w cholerę, wszak dostałam się na studia w Polsce, więc w sumie po co mam wyjeżdżać? W takich chwilach nieocenione okazało się wsparcie najbliższych. Wiele razy usłyszałam od nich: Kto ma dać radę, jak nie ty? Jesteśmy z Ciebie tacy dumni... 



A jak często TY wspierasz swoich bliskich?



Wiem, że czasami niektóre czynności wydają nam się bezsensowne. Po co mówić komuś po raz milionowy, że się w niego wierzy, skoro ta osoba bardzo dobrze o tym wie? Jaki jest sens w powtarzaniu wciąż tych samych słów? Uwierzcie mi, że warto. Czasami jedno zdanie może zmotywować człowieka i pomóc mu przezwyciężyć strach, jakieś obawy, które nam wydają się bezpodstawne. Tu nie chodzi jednak tylko o nas, ale o innym, przede wszystkim o nich. Nam powiedzenie tych paru słów nic nie zrobi, a już na pewno nie zaszkodzi, a innych może podnieść na duchu i sprawić, że się nie poddadzą. Zaczęłam stosować tą technikę od trzech lat i wprawdzie to nie ja powinnam oceniać jej skutki, jednak myślę, że przynosi ona pozytywne efekty. Ba, sama widzę efekty na sobie. Co prawda słyszę te słowa znacznie rzadziej niż moi przyjaciele, jednak te parę razy pokazuje mi, jak wiele dają słowa. 



No właśnie, słowa... jak wielu z Was zwraca uwagę na słowa wypływające z Waszych ust? Jak wielu z Was zdaje sobie sprawę z ich wagi? Słowa potrafią pokrzepić, jednak niewłaściwie użyte potrafią wyrządzić niewyobrażalną krzywdę innej osobie. Czytałam kiedyś artykuł, że aby zniszczyć czy uzdrowić człowieka, nie trzeba wcale czynów, a przynajmniej nie odgrywają one aż tak dużej roli, jak słowa. Może to głupi przykład, ale gdy moja Babcia umierała, to wszyscy staraliśmy się przy niej być. Lekarz dawał jej maksymalnie miesiąc, przeżyła ich jeszcze jedenaście. Staraliśmy się ją wspierać, nawet w tych momentach, gdy mieliśmy dość. Zwłaszcza ostatnie dwa miesiące były niezwykle trudne. Pamiętam, jak siedziałam z nią cały dzień i prosiłam, by nie umierała. By jeszcze wytrzymała chociaż tydzień, chociaż miesiąc. Co dziwne, odeszła dopiero wtedy, gdy dostała pozwolenia od mojej Mamy i jej brata. Wiem, jak to brzmi, dla mnie to też brzmiało jak absurd, jednak ta sytuacja tylko potwierdza to, o czym już napisałam. Słowa potrafią zdziałać cuda. 



Wiem, że czasami trudno jest kontrolować słowa płynące od nas, zwłaszcza w złości. W czasie kłótni często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo ranimy nimi drugą osobę. Może inaczej. Nie doceniamy tych słów, umniejszamy ich moc. Nieraz w czasie kłótni powiedziałam coś, czego od razu żałowałam, jednak prawda jest taka, że tych słów nie da się cofnąć. Zdanie raz wypowiedziane nie może zostać "odpowiedziane", to tak niestety nie działa. Kontrolowanie słów wypływających z nas pod wpływem emocji jest trudne, jednak moim zdaniem każdy powinien dążyć do uzyskania tej umiejętności. W przeciwnym razie któregoś ranka możecie obudzić się z przerażeniem wymalowanym na twarzy, uświadamiając sobie, jak wiele złego wyrządziliście innym, a jak łatwo można by tego uniknąć. 



Na koniec chciałabym podzielić się z Wami paroma słowami, które wbrew pozorom mają wieeelką moc. Proszę. Dziękuję. Przepraszam. Dzień dobry. Do widzenia. Miłego dnia. Zwłaszcza te trzy pierwsze, choć niekoniecznie popularne, są niezwykle magiczne. Nie bójcie się ich używać! Ja tymczasem kończę swoje przemyślenia na dziś i powoli zbieram się do domu. 




Miłego dnia!















czwartek, 5 listopada 2015

Odrobina szczęścia

UWAGA! Kolejny wpis zawierający moje osobiste refleksje. Jeśli nie podobał Ci się poprzedni, to wciśnij crtl+w ;)


Znowu zaliczyłam dość długą nieobecność, za którą na wstępie chcę Was przeprosić. Do tej pory nie wierzę, jak wszystko może się zmienić przez nieco ponad trzy miesiące, jednak życie ma to do siebie, że lubi zaskakiwać. Z osobistych osiągnięć mogę pochwalić się tym, że dostałam się na studia i doszło mi przez to trochę obowiązków, jednak nie narzekam. W końcu kto ma dać radę, jak nie ja? Nie to jednak będzie tematem mojego dzisiejszego postu. Gotowi? Mam nadzieję, że tak, ponieważ przygotowałam dla Was zbiór moich przemyśleń z ostatnich paru tygodni. Ale dość tych wstępów! :)



Zapewne wielu z Was zna to uczucie, gdy patrzycie na innych ludzi i mówicie "też bym tak chciał/chciała, ale...". No właśnie, ale. Prawie zawsze, prędzej czy później, w naszej głowie pojawia się mały złośliwiec, który podsuwa nam najgorsze z możliwych scenariuszy i sprawia, że opanowuje nas strach. To on tworzy te wszystkie ale, to przez niego zostajemy sparaliżowani i nie chcemy ryzykować. Jak ja to dobrze znam... Wiele razy wmawiałam sobie, że coś nie jest dla mnie, że nie dam rady, bo jestem za słaba, bo na pewno się nie uda, że znowu coś się stanie. Że nie jestem wystarczająco dobra, że może mi się coś stać. 


Pewnego słonecznego, choć niekoniecznie pięknego sierpniowego dnia usiadłam na ławce w parku i czekając na koleżankę zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Spoglądając w przeszłość dostrzegłam wiele sytuacji, w których powinnam zaryzykować, jednak zbyt bardzo się bałam, by to zrobić. Cóż, strach ma wielkie oczy, ale wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że mogę już nigdy w życiu nie mieć szansy, by wykorzystać podobne okazje. I dopiero wtedy naprawdę się przeraziłam. Przez parę lat żyłam w przekonaniu, że nie mogę narażać się na żadne niebezpieczeństwa, nałożyłam na siebie klosz i tak naprawdę nie widziałam, ile mnie przez to omija. Postawiłam sobie za cel znaleźć bezpieczne studia, po których dostanę stabilną pracę, założyć rodzinę... I tak bardzo skupiłam się na dążeniu do tego, że zapomniałam o tym życiu, które jest teraz.


Siedziałam tam wtedy i obserwowałam innych, jednocześnie myśląc o swoich znajomych. Myślę, że pewnie większość z Was zauważyła taką zależność- im ktoś ma gorzej w życiu, tym bardziej docenia to, co od życia dostaje. Biedni ludzie o wiele bardziej doceniają to, co zsyła im los, śmiertelnie chorzy cieszą się każdą swoją chwilą, którą mogą spędzić z najbliższymi, podczas gdy Ci, którzy mają teoretycznie najlepszą sytuację i niczego im nie brakuje, najbardziej narzekają. Ciągle im czegoś brakuje, ciągle by chcieli czegoś nowego, podczas gdy niewielu z nich docenia, jak wiele szczęścia w życiu mieli. Goniąc ciągle za szczęściem nie dostrzegamy, że kryje się ono w każdej jednej chwili, w każdej sekundzie, którą mogliśmy przeżyć, w każdym jednym spojrzeniu na świat. Tak usilnie próbowałam odnaleźć szczęście, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że ono cały czas ze mną było. W każdej sytuacji, w każdym momencie. Nie doceniałam ludzi, którzy byli dla mnie, nie doceniałam tego, że mogę się w spokoju i zdrowiu uczyć, rozwijać... Czy naprawdę musimy coś stracić, żeby to docenić? Dlaczego zawsze dostrzegamy to, co nam ucieka, jednak nie umiemy cieszyć się tym, co jest? 




Tamtego dnia postanowiłam coś zmienić. Powiedziałam sobie- dość. Nie można tak dalej żyć. Życie jest kruche i nigdy nie wiesz, kiedy się skończy, więc żyj. Żyj tak, jakby jutra miało nie być. Żyj tak, jak zawsze chciałaś i nie zważaj na to, co ktoś pomyśli. Przez parę ostatnich lat zbyt bardzo skupiałam się na tym, co pomyślą inni, by dostrzec to, co jest dla mnie najlepsze. Nie wierzę, że to piszę, ale nauczcie się być egoistami. Myślcie o sobie, stawiajcie siebie na pierwszym miejscu, bo to Wasze szczęście jest dla Was najważniejsze. Życie macie tylko jedno, więc przeżyjcie je jak najlepiej. Nie dajcie sobie wmówić, że się do czegoś nie nadajecie, że jesteście gorsi od innych. Nie jesteście. Nie ma pojęcia "lepszy" czy "gorszy", bo każdy jest tyle samo wart. Nauczcie się być egoistami, ale nie krzywdźcie jednocześnie innych. Nie budujcie szczęścia na cudzym nieszczęściu, ale nie pozwólcie, by inni Was ograniczali. Nie bójcie się być sobą. Jeśli ktoś Was naprawdę polubi, to tylko za to, jacy naprawdę jesteście. I najważniejsze- otwórzcie się na miłość. Nie bójcie się kochać i być kochanymi. Kochajcie przyjaciół, rodzinę, nawet wrogów, bo to oni definiują to, kim jesteśmy. A przede wszystkim kochajcie samych siebie.



Na dziś to koniec moich przemyśleń. Mam nadzieję, że Was za bardzo nie zanudziłam. Ja tymczasem uciekam do spania, a Wam życzę udanego listopada. Nie dajcie się pogodzie i nie zapominajcie o tym, co najważniejsze!



Who deserves it more than u? 












niedziela, 19 lipca 2015

Dlaczego warto mieć własne zdanie?

Dość długo zastanawiałam się nad tym, jak ugryźć ten temat. Ba, czy w ogóle jest sens, by coś na ten temat pisać, jednak po pewnym czasie doszłam do wniosku, że warto. Może skłoniły mnie do tego pewne wydarzenia z mojego życia? Nie wiem. W każdym razie dziś chciałabym podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami odnośnie własnych przekonań. Już na wstępie mówię, że post będzie się nieco różnił od ostatnich, będzie bardziej... osobisty? Na pewno zawiera wiele moich przemyśleń, jest subiektywny. No ale od tego jest blog. A więc do dzieła.


Każdy z nas ma swój własny pogląd na pewne sprawy. Ostatnio mówiłam o tolerancji, więc i teraz weźmy ją za przykład. Część z Was ma pewnie podobne zdanie do mojego, inni mogą uważać, że moje poglądy są staroświeckie. Okej, jak dla mnie super. Tak samo wygląda sprawa z wiernością, o której pisałam parę tygodni temu. I z pomaganiem innym. Widząc kogoś, czy stykając się z pewnymi rzeczami, wyrabiamy sobie opinię na ich temat. Co tu dużo mówić, najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Wróćcie myślami do przeszłości, do czasów szkolnych, kiedy po raz pierwszy zobaczyliście swoich kolegów. Ich wygląd, sposób bycia, generalnie to wszystko, co zobaczyliście przez pierwsze sekundy, miało wpływ na to, z kim w pierwszej kolejności chcielibyście się zaprzyjaźnić. Potem, z biegiem czasu, poznawaliście swoją historię, poznawaliście siebie, i co? Czasem okazywało się, że osoba, którą od razu skreśliliście, jest całkiem spoko. Albo koleżanka, na którą spojrzeliście łaskawym okiem, wcale nie jest tak fajna, jakby się wydawało. Kiedy ja szłam do gimnazjum, miałam taką sytuację. Dziewczyna, która wydawała się być całkiem w porządku, okazała się być niewarta uwagi. Nie potrafiła mieć swojego zdania i dosłownie zachowywała się jak chorągiewka. Co z tego, że umiała się wpasować w towarzystwo i była "lubiana", skoro każdy mógł nią dowolnie manipulować. Żeby nie było, że nie jestem samokrytyczna- mi też zdarzyło się zmienić zdanie pod wpływem presji grupy. Oceniłam kogoś przez pryzmat przeszłości, bo usłyszałam o niej parę historii, które zdarzyły się dawno temu. I uwierzyłam. Rok później, kiedy część moich znajomych odwróciła się ode mnie, ona wyciągnęła dłoń. Była. I nie skreśliła mnie tylko dlatego, że ja skreśliłam ją. A ta dziewczyna-chorągiewka? Po historii z tą odrzuconą jej też dałam szansę, jednak na dłuższą metę nic z tego nie wyszło. Cóż, nawet moja cierpliwość ma granice, a przyjaźń z osobą, która ciągle zmienia swoje poglądy, jest uciążliwa. 


W późniejszych latach coraz częściej zdarzały mi się sytuacje, w których nie mówiłam własnego zdania. Dlaczego? Sama nie wiem. Może nie chciałam sprawić nikomu przykrości? A może bałam się, że zostanę sama? Naprawdę nie wiem. Lawirowałam między dwójką znajomych, która się dosłownie nienawidziła. Któregoś razu pozwoliłam przyjaciółce okłamać jedną z tych osób tylko po to, by druga z nich poszła z nami na piwo. Nie kazałam im się ogarnąć, można wręcz powiedzieć, że też w pewnym sensie zostałam zmanipulowana. Chcący czy niechcący, ale jednak. Wszystko zmieniła jedna, na pozór nic nie znacząca, wymiana zdań. Poszliśmy wtedy do parku i sama nie wiem, jak zeszliśmy na ten temat.


- Wiesz co, Gosia... Ty jesteś taka sama jak ja.- powiedział mi mój kolega. Przeraziłam się wtedy, ponieważ znałam go dość dobrze i naprawdę, nie był to komplement. Ów kolega może i był oczytany, jednak pewne kwestie, takie jak np. kultura osobista w pewnych sytuacjach, pozostawiały wiele do życzenia. Przynajmniej wtedy.
- Co masz na myśli?- zapytałam zaintrygowana.
- No to, że jesteś oportunistką.
- Czym?
- Jakby to powiedzieć... Dostosowujesz swoje zdanie do sytuacji. Masz swoje zdanie, ale nie wyrażasz go, by się nie narazić i by odnieść korzyść. Czy jakoś tak.


Czegokolwiek bym nie chciała, to musiałam się z nim zgodzić, przynajmniej częściowo. Przez parę lat zmieniłam się pod tym względem, jednak prędzej nazwałabym siebie konformistką. Tak czy inaczej nie byłam zachwycona tak trafną diagnozą i postanowiłam zrobić coś, by temu przeciwdziałać. I zrobiłam. Pierwszą okazję miałam tydzień później i stając w obronie przyjaciółki prawie podzieliłam naszą paczkę i prawie doprowadziłam do odwołania wyjazdu, który planowaliśmy od miesiąca. Przeraziłam się, jednak nie rezygnowałam z postawionego sobie celu. Efekt? Owszem, straciłam kogoś, na kim mi zależało. Nawet więcej niż jedną osobę. Tyle że zobaczyłam wtedy, kto tak naprawdę jest ze mną dla mnie, bez względu na moje poglądy. Do czego zmierzam opowiadając Wam akurat tą historię, która mogłaby pokazywać, dlaczego NIE warto mieć swojego zdania? Paradoksalnie wyszło mi to na dobre, o czym przekonałam się w grudniu. Rozmawiałam wtedy z ciocią mojego kolegi (przyjaciela?), która powiedziała coś, czego się nie spodziewałam. Coś, co niby nie miało aż tak wielkiego znaczenia w kontekście tamtej rozmowy, jednak utwierdziło mnie w tym, co robiłam. 

- On go może lubić, on mu może imponować. Tego nie kwestionuję, jednak to Ciebie, a nie jego, szanuje. (...) Pamiętaj o tym, bo szacunek jest o wiele ważniejszy niż "imponowanie".

Nie ukrywam, że zrobiło mi się wtedy miło, bo to jedno zdanie potwierdzało wszystko. Możesz zgadzać się z kimś innym i zdobyć jego przychylność, może nawet ta osoba Cię polubi na jakiś czas, jednak jeśli chcesz, by Cię szanowano, to musisz mieć swoje zdanie. I nie ma żadnych ale. Po prostu.


Duży wpływ na nas ma zdanie naszych bliskich. Z pewnością zauważyliście, że bardzo często przejmujecie poglądy rodziców, chociażby w kwestii polityki. Ostatnio przeczytałam gdzieś bardzo trafne stwierdzenie: Ludzie mogą Wam mówić, że macie cudowny głos, jednak wystarczy, by ktoś z Waszych bliskich powiedział "nie, nie masz.", a uwierzycie mu, mimo że sto innych osób twierdzi inaczej. Podświadomie ufamy tym, których znamy, bo przecież by nas nie okłamali. Uwierzcie mi, że zrobiliby to z łatwością. Może oni nazwaliby to naginaniem prawdy, jednak to jest to samo. Wystarczy, że przedstawią Ci sytuacje ze swojej perspektywy. Przez prawie dwa lata najpierw jedna, potem druga paczka mówiła mi prawie co tydzień: Czy ty nie widzisz, że on Cię okłamuje? Czy nie widzisz, że on jest Twoim pasożytem? On Cię wykorzystuje, skończ tą znajomość! Co tydzień. Mimo wszystkich uczuć, którymi darzyłam tą osobę, czasami miałam wątpliwości. Wszak zwracały mi na to uwagę osoby, które nie miały ze sobą kontaktu, jedynie były postronnymi obserwatorami. Dochodziło do sytuacji, że stawałam się nieufna, przez co cierpiała nasza relacja. Aż pewnego pięknego dnia podzieliłam się tymi spostrzeżeniami z kimś innym.

- Serio?- zapytała zdziwiona.- A co ty o tym myślisz?
- Wiesz, one mają po części...
- Nie obchodzi mnie, co one mówią. Co TY myślisz? Jak to dla Ciebie wygląda? Czy ty też uważasz, że on Cię tylko wykorzystuje?
- Częściej czuję się, jakbym to ja go wykorzystywała, a nie on mnie.- odpowiedziałam po chwili zastanowienia, a ona tylko się uśmiechnęła.
- No i masz odpowiedź.


Miała rację. I nie twierdzę, że moje koleżanki chciały mi zaszkodzić, albo że celowo przedstawiły mi to tak, a nie inaczej, jednak o mały włos nie zerwałam znajomości, która była dla mnie bardzo ważna. I nadal jest. Wtedy zrozumiałam jedną rzecz, którą chciałabym się z Wami podzielić. Czegokolwiek byście nie słyszeli, czegokolwiek byście się nie dowiedzieli, zawsze zadajcie sobie pytanie: co JA wiem na ten temat, co JA na ten temat myślę, czy to w ogóle jest prawdopodobne? I nie bójcie się pytać o rady innych osób. Wielu osób. Ale przede wszystkim nie zapominajcie o tym, że to Wasze przekonania są dla Was najważniejsze. Masz swoje zdanie? Okej, ale ja mam prawo do swojego. 


Ludzie są różni. Poglądy są różne. Nie myślcie, że jeśli będziecie ślepo wpatrzeni podążać za kimś innym i słuchać go we wszystkim, to że zostaniecie docenieni. Nie myślcie, że ktoś Was wtedy zobaczy. Wszak po co sięgać po kopię, skoro można mieć oryginał? Własne zdanie jest bardzo ważne, to ono pokazuje, kim jesteśmy. Jeśli co chwilę zmieniacie poglądy, przestajecie być wiarygodni w oczach otoczenia. Poza tym tracicie kawałek siebie, ponieważ podporządkowując swoje poglądy innym upodabniacie się do nich. Każdy jest inny, każdego ukształtowały inne poglądy i każdy może je wyrażać. Ba, powinien. W ten sposób może dojść do ciekawych dyskusji, z których obie strony mogą wyciągnąć wnioski. A co, jeśli zostaniecie sami? Cóż, to nic strasznego, a zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni Was za to, kim jesteście. Nie warto udawać kogoś, kim się nie jest, tylko po to, by zyskać chwilę uznania.



Kończę swoje przemyślenia na dziś i dziękuję tym, którzy dotrwali do końca. Ja tymczasem idę świętować urodzinki siostry. Do następnego!

















czwartek, 4 czerwca 2015

How to say Good Bye?

Po wielu latach ciężkiej pracy, miesiącach oczekiwań, tygodniach stresów i nieprzespanych nocy nareszcie mogę powiedzieć: To już jest KONIEC! Maturki ustne zdane, na wyniki pisemnych trzeba jeszcze co prawda poczekać, jednak jestem dobrej myśli. Trzymam kciuka za wyniki wszystkich tegorocznych maturzystów, a przyszłym mogę dać tylko jedną radę- nie warto się bać. Strach ma wielkie oczy, jednak nie można mu ulec. Jeśli przezwyciężycie go, to z pewnością zdacie! Jednak nie to miało być tematem dzisiejszego posta.


Odkąd pamiętam nie znosiłam pożegnać. Po każdym wyjeździe czułam się przygnębiona, ponieważ gdzieś w głębi serca wiedziałam, że "Do zobaczenia" oznaczało mniej więcej "Może kiedyś, przypadkiem". Cóż, przez ostatnie lata często mówiliśmy sobie, że na pewno się spotkamy, pojedziemy gdzieś na wakacje, jednak czas sprawiał, że zawsze było coś ważniejszego. Nie mam jednak żalu, ponieważ po pewnym czasie uświadamiałam sobie, że owszem, bawiliśmy się fajnie i wtedy spędzaliśmy miłe chwile, jednak co będzie, jeśli kolejne spotkanie nie będzie już tak dobre jak ostatnie? Po ostatnich wakacjach moje koleżanki śmiały się ze mnie za każdym razem, gdy mówiłam "chcę tam wrócić! Tam było cudownie!". Cóż, po pewnym czasie sama doszłam do wniosku, że lepiej tam nie wracać. Było miło, ale się skończyło. Wciąż zdarza mi się wracać myślami do tamtych chwil, wciąż tęsknię niesamowicie i wiem, że będę tęskniła. Możliwe, że spotkam kiedyś kogoś z nich i nie będę umiała sobie przypomnieć, skąd ja znam takiego kogoś. Możliwe, że to ta osoba nie będzie wiedziała, skąd się znamy. Nieważne. To co przeżyłam, to jest moje. No ale do czego zmierzam?


Ponad miesiąc temu pożegnałam się z klasą. Niby widzieliśmy się na maturach, jednak to już nie było to samo. Wcześniej byliśmy (chcąc, nie chcąc) grupą o tych samych interesach, spędzającą ze sobą pięć dni w tygodniu. Mimowolnie byliśmy na siebie skazani. Jak to wyglądało w czasie matur? Były grupki. Tu jedna, tam druga, a jeszcze gdzieś indziej trzecia. Nie mogę powiedzieć, że byliśmy zgrani, jednak po sześciu latach w jednej szkole, z niektórymi w jednej klasie, widziałam to inaczej. Skoro po 10 dniach nie potrafiliśmy usiąść w jednej grupie, to co będzie za 10 lat? Czy my w ogóle będziemy potrafili się spotkać? Możliwe, że za X lat będzie lepiej i zapomnimy o wszystkim, możliwe, że się nie spotkamy już nigdy, jednak nie wiem, czy jest sens zamartwiać się tym. Póki co mam w planach wyjazd z grupką znajomych i nie mogę się doczekać!


Niełatwo jest się żegnać. W takich chwilach warto pamiętać, że każde pożegnanie to początek czegoś nowego. Dwadzieścia jeden miesięcy temu pożegnałam Babcie. Jak do tej pory było to najgorsze pożegnanie, jednak z biegiem czasu uświadomiłam sobie, że dobrze się stało. Ona nie cierpiała, a ja mogłam być na pogrzebie, co wcale nie było wtedy aż tak oczywiste. Myślę, że nie warto odkładać pożegnań na potem, jeśli wiemy, że i tak ono nastąpi. To tak trochę jak ze zrywaniem plastra- lepiej raz, a porządnie, niż ciągnąć to w nieskończoność. Tak samo będzie z tym postem. Udanego długiego weekendu i (maturzystom) wakacji!










czwartek, 2 kwietnia 2015

Wierność jest nudnaa... ale czy na pewno?

Na wstępie chciałam bardzo przeprosić za moją ponad dwumiesięczną nieobecność. Niestety czas pędzi nieubłaganie i do matury zostało mi raptem niecałe 32 dni! Życie też mnie ostatnio nie rozpieszczało, nie mniej jednak postaram się od teraz wziąć za siebie i nie dopuszczać więcej do tak długich nieobecności. A teraz czas na kolejną dawkę moich przemyśleń! ;)

Tym razem pod lupę wzięłam temat wierności. Żeby móc na ten temat rozmawiać, powinniśmy najpierw wyjaśnić, czym jest wierność. Moim zdaniem jest to trwanie przy swoim bez względu na okoliczności. Nie jest ważne, czy mówimy o partnerze, przyjacielu czy też zdaniu- wiernym trzeba być zawsze. 

Jeśli chodzi o partnera czy nawet przyjaciela, to sprawa powinna być jasna. Kiedy decydujemy się na związek (lub przyjaźń), to mamy ku temu podstawy. I nie ważne, co by się nie działo, powinno się być dla siebie wsparciem. Nawet jeśli są problemy, to powinno się je rozwiązywać między sobą, unikając mieszania w to osób postronnych. Partner powinien być dla nas najcudowniejszą osobą pod słońcem, którą kochamy i za którą jesteśmy w stanie poręczyć wszystkim, co mamy. Przede wszystkim powinien być dla nas przyjacielem. Tej osobie należy się z pewnością szacunek, więc nie powinno się jej zdradzać. Co rozumiem przez zdradę? Wyjawianie swoich sekretów, spotykanie się za plecami partnera z osobami, których partner/przyjaciel nie toleruje czy też posiadanie kochanka. Nawet jeśli partner nie ma dla nas chwilowo czasu, to powinniśmy pozostać mu wierni i wspierać go w tym, co robi. A co, jeśli druga osoba zdradzi? Wiem, że to jest trudne, ale kiedyś, gdy coś się psuło, to nie wyrzucało się tego, tylko próbowało naprawić. Porzucenie było ostatecznością, o czym wielu niestety już zapomniało. To samo tyczy się przyjaciół. Jeśli ktoś jest Twoim przyjacielem, to trwasz przy nim, nie zważając na okoliczności. A jeśli przyjaźń czy miłość się kończą, to nigdy nią nie były.

Nigdy nie rozumiałam osób, które są w szczęśliwym związku, ich partner ich kocha, a oni mimo wszystko decydują się na zdradę. Mój dobry kolega jest w związku od prawie dwóch lat. W tym czasie zdążył zdradzić swoją dziewczynę parę razy, ostatnio szuka kolejnej naiwnej. Nie wiem, dlaczego to robi i nie rozumiem, po co tkwi w tym związku. Jeśli jej nie kocha, to niech się z nią rozstanie i zrobi jej przysługę, a jeśli ją kocha, to niech jej nie zdradza. To nie tyczy się tylko jego. Jako dziewczyna jestem w stanie zrozumieć, że faceci to wzrokowcy i czasem muszą się napatrzeć na jakąś koleżankę, "obczaić" ją, dowiedzieć się, jak się nazywa itp, jednak między patrzeniem a umawianiem się jest pewna subtelna różnica, której niektórzy nie dostrzegają.

Na początku wspomniałam także o wierności swojemu zdaniu. Cóż, tu też sprawa wydaje się być jasna, jednak wiele razy przekonałam się o tym, że nie jest. Wiadomo, że nie można uparcie trwać przy swoim i nie zważać na argumenty innych, jednak nie trzeba od razu zostawać oportunistą czy konformistą! Najbardziej śmieszą mnie ludzie-chorągiewki. Miałam tą wątpliwą przyjemność poznać parę takich osób i patrząc z perspektywy czasu zaczynam dostrzegać absurd ich zachowania. Oczywiście każdy z nas czasem zmienia zdanie, ale nie przy każdej okazji i nie dlatego, że ktoś bardziej lubiany ma inne zdanie, a my chcemy się mu przypodobać. 

Wierność jest rzeczą cudowną, niestety w dzisiejszych czasach coraz mniej osób ją docenia. Nie dajcie się zwieść i trwajcie przy swoim, ponieważ nigdy nie wiecie, kiedy spotka Was za to nagroda. Ja tymczasem kończę, jednak chciałabym Wam jeszcze polecić pewną stronkę na fb, którą zaczęłyśmy prowadzić z Rudą i Blondi już jakiś czas temu. Tutaj macie linka.



Przy okazji życzę Wam wszystkim udanych Świąt Wielkanocnych, cudownych chwil z najbliższymi oraz lepszej pogody (kto to widział, śnieg w kwietniu!)




see u soon! c: