wtorek, 21 kwietnia 2020

Niczego nie żałuję!


“Four years it’s been and yet here you stand before me as if it was only yesterday”


Parafrazując Lorda Voldemorta witam Was po dość długiej przerwie. Cztery lata. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Parę razy próbowałam zabrać się za stworzenie wpisu, jednak za każdym razem moja motywacja znikała przed ukończeniem pierwszego akapitu. Well, miejmy nadzieję, że tym razem starczy mi jej na dłużej.


Ostatnie cztery lata były… dość intensywne. Dwa kierunki, praca, rozkręcanie własnego biznesu, działalność charytatywna, a do tego życie towarzyskie. Uzyskałam pierwszy tytuł naukowy, wydłużyłam studia o rok, by rozwijać biznes, szkoliłam się w kierunku kompletnie niezwiązanym z moimi studiami, angażowałam się w pomaganie innym, jednocześnie próbując nie zapomnieć o relacjach z innymi. Niejednokrotnie płakałam. Niejednokrotnie zastanawiałam się, czy gdybym podjęła inne decyzje, to czy moje życie nie byłoby lepsze. Łatwiejsze. Czy nie byłabym szczęśliwsza. I wiecie co?


I DON’T REALLY CARE


Pisałam kiedyś o nastawieniu do życia oraz o popełnianiu błędów (God, czytając te posty miałam wrażenie, jakbym pisała je jakiś miesiąc temu, a minęły odpowiednio 6 i 4 lata). Patrząc na te posty nadal podtrzymuję swoje zdanie. W życiu nie ma jednej słusznej drogi. Nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Jasne, mogłam zostać w domu. Kończyłabym właśnie studia, odbywałabym staż, przygotowując się jednocześnie do egzaminu zawodowego. Najpewniej mieszkałabym już sama, w TBS albo w wynajmowanym mieszkaniu, może byłabym w związku, może moje niektóre znajomości by przetrwały… A może zakończyłabym edukację po roku studiów, mieszkała nadal z rodzicami albo w melinie ze znajomymi, z którymi codziennie wieczorem raczyłabym się wysokoprocentowymi trunkami oraz innymi wspomagaczami, nie wiedząc, jaki jest dzień tygodnia i kim właściwie jestem. Może miałabym cudowne życie w otoczeniu przyjaciół, prowadziłabym własną firmę u boku męża, wychowując naszego małego aniołka,  a może byłabym pogrążona w depresji, codziennie myśląc o tym, jak skończyć swoje nędzne życie, jednocześnie wiedząc, że nigdy się na to nie zdobędę, ponieważ jestem największym tchórzem chodzącym po tej ziemi.


TEGO NIE WIEM


Wiem za to, że jestem w pełni zadowolona z mojego życia. Nie myślcie jednak, że moje życie było usłane różami, bo częściej przypominało to kamienistą drogę. Wyjeżdżając na studia musiałam wiele poświęcić. Zakończyłam wiele znajomości, czego w niektórych przypadkach żałuję, jednak wolałam to zrobić na moich warunkach i potraktować to niejako jak plaster – raz, a porządnie, zamiast cackać się z tym przez wiele lat. I żeby nie wyszło, że jestem bezduszną małpą wypraną z emocji – bolało jak diabli. Nadal boli, zwłaszcza jak wracam do domu i widzę rzeczy, które kojarzą mi się z tymi osobami. Nieraz w nocy płakałam i miałam ochotę odnowić te znajomości, zwłaszcza jedną z nich. Ale wiem też, że po całym tym cyrku i przymusowym pobycie w domu wyjadę i cała zabawa zaczęłaby się od nowa. Poświęciłam wiele, jednak to, co dzięki temu mam, jest bezcenne. Na studiach poznałam wspaniałych ludzi z całej Polski, których w normalnych warunkach nigdy bym nie poznała. Miałam szansę pracować ze świetnymi ludźmi, którzy wiele mnie nauczyli. Miałam szansę tworzyć od podstaw coś wspaniałego i mimo iż nie jestem już częścią tego projektu, to codziennie jestem wdzięczna za szansę, którą dostałam w pewien słoneczny, sierpniowy dzień trzy lata temu. Zdobyłam doświadczenie w tworzeniu i zarządzaniu firmą, które z pewnością kiedyś wykorzystam. Zaangażowałam się w wiele studenckich inicjatyw. Dzięki mieszkaniu w akademiku miałam okazję uczestniczyć w życiu studenckim, co nie udałoby mi się, gdybym została w domu (głównie ze względu na odległość dzielącą mój dom od uczelni – mam porównanie z czasami liceum i mimo tego, że jako osoba dorosła mam inne możliwości, to jednak odległość i możliwości dojazdowe nadal są takie same). Nauczyłam się samodzielności, zarządzania czasem i pieniędzmi, samodyscypliny. Nauczyłam się życia, zanim zostałam rzucona na głęboką wodę. I za to jestem wdzięczna.


Nikt nie wie, co by było, „gdyby”. Nie wie i się nie dowie. A rozmyślanie nad tym jest tylko stratą czasu. Możesz siedzieć i żałować, że pewnych rzeczy nie zrobiłeś inaczej. Możesz wyrzucać sobie, że ta czy tamta osoba nie uczestniczy już w Twoim życiu, jednak nie masz na to wpływu. I nigdy się nie dowiesz, czy nadal by w nim była, gdybyś wtedy zadecydował inaczej. Jedyne, na co masz wpływ, to Twoje tu i teraz. Nie moje. Nie rodzeństwa, partnera czy kogokolwiek innego. Tylko Twoje. Życie nie jest grą, którą możesz zapisać przed podjęciem wyboru, a w razie porażki wrócić do tamtego miejsca i wybrać inaczej. Rozpamiętywanie i rozkładanie na czynniki pierwsze pewnych wyborów nie ma sensu, ponieważ na to, jak potoczyło się Twoje życie, ma wpływ tak wiele zdarzeń, że nigdy nie przewidzisz, co mogło się stać. Jasne, mógłbyś być teraz najszczęśliwszym człowiekiem na tej planecie. Jednak jeśli nie umiesz docenić tego, co teraz masz, to najpewniej nawet wtedy czegoś by Ci brakowało.


Życie to spektakl na żywo. Nie ma prób, nie ma powtórek, jest tylko tu i teraz. Nie wrócisz do raz zagranej sceny. Nigdy nie będziesz już w tym samym momencie swojego życia, w którym byłeś te parę lat temu. Nawet jeśli życie ponownie postawi przed Tobą pewne wybory, to nigdy nie będzie tak samo, jak było wtedy. Bo cała reszta się zmieniła. Dlatego żyj i nie oglądaj się za siebie, bo może się okazać, że goniąc za gwiazdami straciłeś księżyc. A zmarnowane okazje mszczą się wielokrotnie.










czwartek, 16 kwietnia 2020

Quo vadis, ludzkości?

Nie zamierzałam popełniać tego posta. Parę dni temu, korzystając z nadmiaru wolnego czasu i niejako przymusu siedzenia na tyłku, przypomniałam sobie o tym blogu i zaczęłam myśleć o "poście powrotnym", jednak dzisiejsze zdarzenie sprawiło, że zdecydowałam się na przyspieszenie powrotu. Jak zwykle w przypadku takich spontanicznych postów będzie trochę kontrowersyjnie, dlatego przypominam, że w każdej chwili możecie skorzystać z opcji "ctrl + w". 

16.04.2020. Czwartek. Ostatnio świat nas nie rozpieszczał, jednak od dzisiaj obowiązują kolejne obostrzenia, mianowicie... nakaz noszenia maseczek. Nad zasadnością takiego przymusu nie będę się jednak rozprawiała, ponieważ jest mnóstwo różnych teorii, każdą z nich z pewnego punktu widzenia można by obronić, dlatego tą kwestię pomijam. Ciekawy jest jednak art. 18 ust. 2 pkt. 3) rozporządzenia nakładającego obowiązek przemieszczania się w maseczkach. 
 
"2. Obowiązku określonego w ust. 1 (a więc przymusu noszenia) NIE STOSUJE SIĘ w przypadku:
3) osoby, która nie może zakrywać ust lub nosa z powodu stanu zdrowia (...); okazanie orzeczenia lub zaświadczenia w tym zakresie NIE JEST WYMAGANE."

Co z tego wynika? A no to, że osoba, która z przyczyn zdrowotnych nie może nosić maseczki, NIE MA takiego obowiązku i nie musi tego uzasadniać. Tylko tyle i aż tyle. 

Byłam dzisiaj w sklepie. Z opuszczoną maseczką. Dlaczego? 

Cztery lata temu miałam zabieg. W normalnym przypadku najpewniej nie pamiętałabym już szczegółów jego przebiegu, niestety pamiętam. Lekarz przez przypadek wkłuł się w złą żyłę i zamiast do serca dotarł... do płuca, naruszając jego strukturę i powodując nieodwracalne zmiany. Przez kolejne 3 tygodnie ledwo mogłam chodzić, każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał mi ból i wypełniał oczy łzami, musiałam co chwilę wyrównywać ciśnienie w płucach, tak aby nie doszło do odmy, a skutki mechanicznego urazu odczuwam do dzisiaj, między innymi jako trudność w oddychaniu i czasowe duszności. Dzisiejsze 10 minut w masce skończyło się dwoma zasłabnięciami. Wniosek -> oczywiste przeciwwskazanie do zakrywania nosa i ust, które pełnią jedną z głównych funkcji w wymianie gazowej. I uwierzcie mi - oddałabym wiele, by móc mieć zakrytą twarz. By nie musieć korzystać z tego wyjątku, ponieważ dla mnie jest to ułomność na całe życie, która pewnie jeszcze niejednokrotnie odezwie się w najmniej spodziewanym momencie. 

A jak się skończyła moja wyprawa do sklepu? Już czekając w kolejce do wejścia dowiedziałam się, że jestem "świętą krową", że do zarządzenia mają się stosować wszyscy, bez wyjątku, że co ja sobie wyobrażam. Na sklepie zostałam zaatakowana przez 3 osoby, każdej z nich próbowałam cierpliwie tłumaczyć, dlaczego nie mam maseczki, jednak miałam wrażenie, że szybciej nauczyłabym psa mówić. Najśmieszniejsze jest to, że pouczały mnie osoby, które miały tą maseczkę całkowicie źle założoną, czyli de facto na jedno wyszło. Po usłyszeniu uzasadnienia usłyszałam, że powinnam siedzieć na tyłku, najlepiej się nikomu nie pokazywać na oczy, a już na pewno nie mam prawa się odzywać. Szkoda tylko, że większym zagrożeniem dla zdrowia tych osób były ich własne maseczki, nie zmieniane od początku zmiany (maseczki bez filtrów, czyli te wszystkie maseczki chirurgiczne, jednorazowe bawełniane itd. należy zmieniać nie rzadziej niż co 2h, o ile nie częściej, ze względu na dużą wilgotność, która sprzyja rozwijaniu się wszelkiej maści grzybów i wirusów). I ja rozumiem, że nie mam napisanego na czole, dlaczego nie mam maseczki i że nikt nie wie, czy to jest moja ignorancja, buta czy może faktycznie mam powód. Jednak w momencie podania podstawy takiego, a nie innego postępowania dyskusja powinna się zakończyć. 

Po dzisiejszym doświadczeniu mam parę wniosków, jeden gorszy od drugiego.

1. Jesteśmy społeczeństwem analfabetów. Ten fakt uderzył mnie jeszcze przy okazji projektu Kai Godek, ale o tym (może) w innym poście. Nie umiemy czytać, a jak już to robimy, to najczęściej po łebkach, po tytułach artykułów, tak bardzo odbiegających od rzeczywistości.

2. Jesteśmy społeczeństwem podatnym na manipulację. To można było zauważyć właściwie od początku epidemii, patrząc na to, jak łatwo jest nas zmusić do pewnych zachowań i wmówić pewne rzeczy. Zatraciliśmy umiejętność samodzielnego myślenia. Głównym źródłem informacji są dla nas najczęściej media tzw. głównego ścieku, które niewiele mają wspólnego z rzetelnością. Łykamy wszystko, co nam zaserwują, bez chociażby minimalnej refleksji. 

3. Jesteśmy społeczeństwem niewykształconym. Obce nam są podstawy funkcjonowania państwa, podstawy ekonomii, podstawy CZEGOKOLWIEK. Jesteśmy społeczeństwem głupców. Bardzo chętnie za to robimy z siebie ekspertów, najczęściej nie mając nic mądrego do powiedzenia. Jesteśmy święcie przekonani o swojej racji, jednocześnie pozostając ślepymi na argumenty drugiej strony. Nie umiemy słuchać. Nie umiemy rozmawiać. Nie mamy podstawowych zasad kultury. Argumentum ad pernsonam powinno być drugim imieniem większości z nas. Jednak najgorsze jest to, że tak na dobrą sprawę...

4. NIE JESTEŚMY SPOŁECZEŃSTWEM, a przynajmniej nie zachowujemy się jak jedno społeczeństwo. Zatraciliśmy gdzieś umiejętność jednoczenia się, której tak bardzo zazdrościły nam inne narody. Coraz częściej mam wrażenie, że bylibyśmy w stanie potopić się wzajemnie w przysłowiowej łyżce wody. Nie mamy w sobie empatii. Jeśli ja mam źle, to on też musi. Jeśli ja nie mogę, to on też. Sprzeciwiamy się władzy, a jednocześnie piętnujemy tych, którzy (często nie ze swojej winy) mają pozornie lżej. Kim się staniemy, jeśli utracimy resztki człowieczeństwa? Kim już się staliśmy? 



Wyszłam dzisiaj do sklepu i miałam ochotę przeprosić za to, że nadal żyję.