Witam Was ponownie! Mam wrażenie, jakbym ostatni post dodawała wczoraj, a minęły już prawie trzy miesiące! Cóż, nie od dziś wiadomo, że na przyjemnościach czas płynie nam o wiele szybciej. Mam nadzieję, że kreatywnie korzystacie/korzystaliście ze swoich wakacji. Ja mam za sobą parę podróży oraz zawirowań lekarskich, jednak jak to mówią- nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I tego się trzymajmy, a ja zapraszam na kolejne przemyślenia ;)
Pomysł na ten post podsunęły mi przyjaciółki, a właściwie rozmowa z nimi. Obie zastanawiały się jeszcze jakieś trzy miesiące temu nad tym, gdzie powinny studiować, a co ważniejsze- CO powinny studiować. Od obu z nich usłyszałam, że boją się, że wybiorą źle. Bały się, że nie spodoba im się na danym kierunku i będą musiały zaczynać od nowa. Od razu napiszę, że to całkiem normalne- trochę ponad rok temu byłam w tej samej sytuacji i miałam te same dylematy. Dziś mogę tylko powiedzieć, że dobrze wybrałam. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej ekipy i miejsca do studiowania, wszak o to między innymi w studiach chodzi. Przedmiot dopiero zaczyna się rozkręcać, lecz póki co widzę siebie w tym zawodzie. No ale gdyby było tak kolorowo, to nie byłoby wpisu.
Przez praktycznie całe liceum przygotowywałam się do medycyny. Co prawda od początku wiedziałam, gdzie chcę studiować, nie mniej jednak podstawy biologii, matematyki czy chemii musiałam znać. A potem przyszedł czas wyboru. Trochę wcześniej, niż się spodziewałam, bo już w lutym musiałam wskazać uczelnię i kierunek, na który się wybieram. I wybrałam- coś zupełnie przeciwnego. Dlaczego? Cóż, zawsze byłam rozerwana między tymi dwoma zawodami, tyle że wszyscy mi powtarzali "serio? chyba żartujesz, przecież po tym pracy nie znajdziesz..." itd. Poza tym bałam się, że moje oceny nie wystarczą, by dostać się na dobrą uczelnię. Teraz jestem po pierwszym roku, drugi zapowiada się ciekawie, jednak ja cały czas mam wątpliwości- co by było, gdybym jednak wybrała tą medycynę? Wielu znajomych dziwi się, co ja tu robię, skoro idealnie nadaję się na lekarza. Inni nie wyobrażają sobie mnie w żadnym innym zawodzie niż ten, do którego się uczę. A ja? Cóż, dwa miesiące temu o mały włos nie rekrutowałam się na dziennikarstwo i medycynę, a aktualnie bardzo poważnie rozważam rzucenie tego wszystkiego i otworzenie hotelu ;)
Wracając do dziewczyn i ich dylematów. Bały się, czy się dostaną na wymarzoną uczelnię i czy ich kierunek im się spodoba, jednak przede wszystkim bały się utraty roku. I tu przechodzimy do sedna sprawy, czyli do popełniania błędów. Człowiek na błędach się uczy i nie da rady przez całe życie żyć pod kloszem (potwierdzone info!). Nie można z góry zaplanować całego życia, chociażby się nie wiem jak chciało, ponieważ życie kryje w sobie wiele niespodzianek i nie każdą z nich można przewidzieć. Czym jest jeden rok w obliczu całego życia? Czy lepiej zaryzykować jeden rok i znaleźć to, co nas naprawdę kręci, czy może lepiej utknąć na studiach, a potem w pracy, która nas najzwyczajniej w świecie nudzi? Potem idziemy do urzędu i natykamy się na taką jedną czy drugą urzędniczkę, które siedzą tam chyba za karę- bo zamiast próbować znaleźć swoją drogę poszły utartym szlakiem i skończyły jak skończyły, co na załączonym obrazku widać. I nie próbuję tu generalizować i wsadzać wszystkich urzędników do jednego worka, bo są tacy, którym ta droga się podoba i wykonują swoją pracę z uśmiechem na twarzy ;) Chodzi bardziej o to, że jeśli nie zaryzykujecie i nie spróbujecie żyć w zgodzie z samym sobą, to obudzicie się za dwadzieścia lat ze świadomością zmarnowania życia.
Nie potrafię zrozumieć pewnego zjawiska. W naszym jakże wspaniałym społeczeństwie wielki nacisk kładziony jest na wykształcenie, na dobrze zdaną maturę i studia, natomiast ludzie wybierający zawody w poważaniu społeczności "mniej ambitne" traktowani są co najmniej jak ludzie drugiej kategorii. Niektórzy chyba zapomnieli, że w życiu liczy się coś więcej niż tylko pieniądze i pozycja w społeczeństwie. Przecież te zawody też ktoś musi wykonywać, ale to wcale nie znaczy, że Ci ludzie są gorsi! Jeśli są w stanie utrzymać rodzinę i czerpią z pracy przyjemność, to są tak samo wartościowi jak lekarze czy prawnicy. A nawet bardziej, jeśli bym miała porównywać z niektórymi znanymi mi osobami, ponieważ swoją pracę wykonują z pasją i poświęceniem, a nie "byle wyklepać formułkę i idź pan stąd". Żadna praca nie hańbi, o ile jest uczciwa- i tego się wszyscy trzymajmy.
Moi drodzy, na dziś to już koniec. Ja uciekam do swoich obowiązków, a Wam życzę słonecznego i udanego września! Może wpadnie Wam jakiś wypad nad jezioro lub w góry? Wszak szkoda marnować tak piękną pogodę ;)
Pomysł na ten post podsunęły mi przyjaciółki, a właściwie rozmowa z nimi. Obie zastanawiały się jeszcze jakieś trzy miesiące temu nad tym, gdzie powinny studiować, a co ważniejsze- CO powinny studiować. Od obu z nich usłyszałam, że boją się, że wybiorą źle. Bały się, że nie spodoba im się na danym kierunku i będą musiały zaczynać od nowa. Od razu napiszę, że to całkiem normalne- trochę ponad rok temu byłam w tej samej sytuacji i miałam te same dylematy. Dziś mogę tylko powiedzieć, że dobrze wybrałam. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej ekipy i miejsca do studiowania, wszak o to między innymi w studiach chodzi. Przedmiot dopiero zaczyna się rozkręcać, lecz póki co widzę siebie w tym zawodzie. No ale gdyby było tak kolorowo, to nie byłoby wpisu.
Przez praktycznie całe liceum przygotowywałam się do medycyny. Co prawda od początku wiedziałam, gdzie chcę studiować, nie mniej jednak podstawy biologii, matematyki czy chemii musiałam znać. A potem przyszedł czas wyboru. Trochę wcześniej, niż się spodziewałam, bo już w lutym musiałam wskazać uczelnię i kierunek, na który się wybieram. I wybrałam- coś zupełnie przeciwnego. Dlaczego? Cóż, zawsze byłam rozerwana między tymi dwoma zawodami, tyle że wszyscy mi powtarzali "serio? chyba żartujesz, przecież po tym pracy nie znajdziesz..." itd. Poza tym bałam się, że moje oceny nie wystarczą, by dostać się na dobrą uczelnię. Teraz jestem po pierwszym roku, drugi zapowiada się ciekawie, jednak ja cały czas mam wątpliwości- co by było, gdybym jednak wybrała tą medycynę? Wielu znajomych dziwi się, co ja tu robię, skoro idealnie nadaję się na lekarza. Inni nie wyobrażają sobie mnie w żadnym innym zawodzie niż ten, do którego się uczę. A ja? Cóż, dwa miesiące temu o mały włos nie rekrutowałam się na dziennikarstwo i medycynę, a aktualnie bardzo poważnie rozważam rzucenie tego wszystkiego i otworzenie hotelu ;)
Wracając do dziewczyn i ich dylematów. Bały się, czy się dostaną na wymarzoną uczelnię i czy ich kierunek im się spodoba, jednak przede wszystkim bały się utraty roku. I tu przechodzimy do sedna sprawy, czyli do popełniania błędów. Człowiek na błędach się uczy i nie da rady przez całe życie żyć pod kloszem (potwierdzone info!). Nie można z góry zaplanować całego życia, chociażby się nie wiem jak chciało, ponieważ życie kryje w sobie wiele niespodzianek i nie każdą z nich można przewidzieć. Czym jest jeden rok w obliczu całego życia? Czy lepiej zaryzykować jeden rok i znaleźć to, co nas naprawdę kręci, czy może lepiej utknąć na studiach, a potem w pracy, która nas najzwyczajniej w świecie nudzi? Potem idziemy do urzędu i natykamy się na taką jedną czy drugą urzędniczkę, które siedzą tam chyba za karę- bo zamiast próbować znaleźć swoją drogę poszły utartym szlakiem i skończyły jak skończyły, co na załączonym obrazku widać. I nie próbuję tu generalizować i wsadzać wszystkich urzędników do jednego worka, bo są tacy, którym ta droga się podoba i wykonują swoją pracę z uśmiechem na twarzy ;) Chodzi bardziej o to, że jeśli nie zaryzykujecie i nie spróbujecie żyć w zgodzie z samym sobą, to obudzicie się za dwadzieścia lat ze świadomością zmarnowania życia.
Nie potrafię zrozumieć pewnego zjawiska. W naszym jakże wspaniałym społeczeństwie wielki nacisk kładziony jest na wykształcenie, na dobrze zdaną maturę i studia, natomiast ludzie wybierający zawody w poważaniu społeczności "mniej ambitne" traktowani są co najmniej jak ludzie drugiej kategorii. Niektórzy chyba zapomnieli, że w życiu liczy się coś więcej niż tylko pieniądze i pozycja w społeczeństwie. Przecież te zawody też ktoś musi wykonywać, ale to wcale nie znaczy, że Ci ludzie są gorsi! Jeśli są w stanie utrzymać rodzinę i czerpią z pracy przyjemność, to są tak samo wartościowi jak lekarze czy prawnicy. A nawet bardziej, jeśli bym miała porównywać z niektórymi znanymi mi osobami, ponieważ swoją pracę wykonują z pasją i poświęceniem, a nie "byle wyklepać formułkę i idź pan stąd". Żadna praca nie hańbi, o ile jest uczciwa- i tego się wszyscy trzymajmy.
Moi drodzy, na dziś to już koniec. Ja uciekam do swoich obowiązków, a Wam życzę słonecznego i udanego września! Może wpadnie Wam jakiś wypad nad jezioro lub w góry? Wszak szkoda marnować tak piękną pogodę ;)
Strach od zawsze miał wielkie oczy, jednak gdy już wyjdzie z ukrycia, okazuje się byś malutkim, nieszkodliwym stworkiem ;)
Do usłyszenia! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz