niedziela, 25 września 2016

Jak zrobić z mózgu sieczkę czyli obalam bezsensowne argumenty

Witam! Tego posta nie planowałam,  a już na pewno nie w najbliższych dniach. Zmusiła mnie do niego fala... No właśnie, czego? Bzdur? Wyssanych z palca pseudonaukowych argumentów, którymi co poniektórzy rzucają na prawo i lewo? To możecie ocenić sami. 



Ostatnio w mediach głośno (i to baaardzo) o zaostrzeniu ustawy aborcyjnej. Ustawy jeszcze nie czytałam (jak zapewne 90% zwolenników/przeciwników), więc bezpośrednio do jej treści odnosić się nie będę (uczcie się, ludzie.), ale obalę dziś parę argumentów, które najczęściej czytam.


1. "nikt nie może mi kazać urodzić dziecka z gwałtu/w przyszłości nie chcę mieć dzieci pochodzących z gwałtu".

Moi drodzy. Sięgając po statystyki- w Polsce rocznie gwałconych jest ok. 30 000 kobiet. Prawdopodobieństwo zajścia przez nie w ciążę wynosi jakieś 25% (biorąc pod uwagę tylko dni płodne, choć, jak wiadomo, wiele kobiet stosuje antykoncepcję, a nie każda z nich znajduje się w wieku produkcyjnym). Teraz sięgnijmy po statystyki dotyczące legalnej aborcji z lat 2013 i 2014- każda zgwałcona kobieta mogła poddać się aborcji, jeśli ciąża była owocem gwałtu. Rok 2013- zawrotna ilość 3, słownie TRZECH aborcji, 23x przerwano ciążę ze względu na stan matki. No dobrze, a co powie nam rok 2014? Całe DWIE aborcje po gwałcie, 48 ze względu na zagrożenie życia matki. Są to oficjalne dane Ministerstwa Zdrowia (nie, nie nowego. Starego, urzędującego do listopada 2015). Jakieś pytania?


2. "takie dziecko będzie cierpieć, kto je obdarzy opieką po śmierci rodziców, jeśli urodzi się z wadą genetyczną?"


Tu obejdę się bez statystyk, rządnym wiedzy polecam internet i artykuły w popularnonaukowych gazetach, jak i liczne reportaże. To, czy dziecko urodzi się zdrowe czy nie, jest loterią. Tak, Proszę Państwa, loterią. Badania prenatalne nie zawsze są w 100% skuteczne i zdarza się, że zdrowe dziecko rodzi się bez rąk i nóg, a zdiagnozowany "patologiczny" płód- całkiem zdrowy, bez najmniejszych oznak upośledzenia.



3. "moje ciało-mój wybór"

To chyba najgłupszy argument, jaki można przytoczyć. Tak, kochana, to jest Twoje ciało i Twój wybór- zgadzam się z Tobą. Dlatego poczytaj sobie co nieco o antykoncepcji. I nie mówię tu o gwałtach, bo ten argument najczęściej się do nich nie odnosi. Jeśli nie chcesz być w ciąży, to się zabezpieczaj albo całkiem zrezygnuj z seksu. Jeśli nie jesteś w stanie sprostać konsekwencjom, to nie podejmuj działania. Chyba nie bierzesz kredytu, jeśli wiesz, że nie będziesz w stanie go spłacić, prawda? ;)


4. "to tylko zlepek komórek"

Nie. To nie jest TYLKO zlepek komórek. Nie da się jednoznacznie określić, kiedy zarodek staje się człowiekiem, dlatego należy założyć, że jest nim od momentu poczęcia. I tyle. 


5. "nie jestem żywym inkubatorem"

Jesteś. Tak zostałaś stworzona przez naturę, by przez kolejne 9miesięcy nosić pod sercem małego człowieczka, którego sama stworzyłaś, jeśli mam być precyzyjna. Jest wiele sposobów zapobiegania ciąży i Twoja lekkomyślność nie powinna być powodem do zabijania niewinnej istoty. 


6. "nikt nie będzie za mnie decydował"

Ależ moja droga, co rusz ktoś podejmuje za Ciebie decyzję, tak było, jest i będzie. Na tym polega życie we wspólnocie, że są pewne reguły i trzeba się ich trzymać. Tak samo może powiedzieć potencjalny morderca: nikt nie będzie za mnie decydował, czy mogę zabić czy nie. 


7. "martwa dziecka nie urodzę"

Kłania się czytanie ze zrozumieniem, z którym coraz więcej ludzi ma problemy, swoją drogą. Na mocy artykułu 152, paragraf 4 "nie popełnia przestępstwa określonego w  § 1 i  § 2, lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego" (screen odpowiedniego fragmentu na dole). Czy muszę pisać więcej?





O ile dwa pierwsze argumenty jestem w stanie zrozumieć, o tyle reszta nie ma sensu. Obecnie obowiązujące prawo aborcyjne dopuszcza aborcję TYLKO w wypadku gwałtu/upośledzenia płodu/zagrożenia życia matki. Natomiast większość kobiet zachowuje się tak, jakoby aborcja dozwolona była na dziś dzień w każdym przypadku. Logiki w tym brak. 


Osobiście mam wrażenie, że temat ustawy aborcyjnej został rozdmuchany do tak wielkich rozmiarów z dwóch tylko powodów. Po pierwsze, żeby móc ponarzekać sobie na Kościół i partię rządzącą, co w naszym narodzie jest bardzo często wykorzystywane, a po drugie, i to mnie bardziej niepokoi, by coś innego przepchnąć (sztuczka stara jak świat). Wszystkim zaaferowanym tą ustawą przypominam, że istnieje jeszcze świat zewnętrzny, a to, co się teraz na nim dzieje (CETA, TTIP, Bliski Wschód, Ukraina, USA, Rosja), jest co najmniej niepokojące. Zachęcam do poczytania o tych sprawach, bo jest o czym. Świat nie kręci się wokół Polski i prawa aborcyjnego, o czym niektórzy najwyraźniej zapominają. Warto mieć rękę na pulsie, zwłaszcza gdy w sejmie wynurza się tak zwany temat "zastępczy". 



Cóż, na mnie już pora. Mam nadzieję, że po lekturze chociaż trochę zastanowicie się nad tym wszystkim. Ja tym czasem wracam do moich spraw i poważnie rozważam wyłączenie internetu do czasu zakończenia obrad sejmu ;) Ciao! :)




art. 152 





sobota, 17 września 2016

Strach przed popełnianiem błędów, czyli coś, na czym z pewnością się znam ;)




Witam Was ponownie! Mam wrażenie, jakbym ostatni post dodawała wczoraj, a minęły już prawie trzy miesiące! Cóż, nie od dziś wiadomo, że na przyjemnościach czas płynie nam o wiele szybciej. Mam nadzieję, że kreatywnie korzystacie/korzystaliście ze swoich wakacji. Ja mam za sobą parę podróży oraz zawirowań lekarskich, jednak jak to mówią- nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I tego się trzymajmy, a ja zapraszam na kolejne przemyślenia ;)



Pomysł na ten post podsunęły mi przyjaciółki, a właściwie rozmowa z nimi. Obie zastanawiały się jeszcze jakieś trzy miesiące temu nad tym, gdzie powinny studiować, a co ważniejsze- CO powinny studiować. Od obu z nich usłyszałam, że boją się, że wybiorą źle. Bały się, że nie spodoba im się na danym kierunku i będą musiały zaczynać od nowa. Od razu napiszę, że to całkiem normalne- trochę ponad rok temu byłam w tej samej sytuacji i miałam te same dylematy. Dziś mogę tylko powiedzieć, że dobrze wybrałam. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej ekipy i miejsca do studiowania, wszak o to między innymi w studiach chodzi. Przedmiot dopiero zaczyna się rozkręcać, lecz póki co widzę siebie w tym zawodzie. No ale gdyby było tak kolorowo, to nie byłoby wpisu.


Przez praktycznie całe liceum przygotowywałam się do medycyny. Co prawda od początku wiedziałam, gdzie chcę studiować, nie mniej jednak podstawy biologii, matematyki czy chemii musiałam znać. A potem przyszedł czas wyboru. Trochę wcześniej, niż się spodziewałam, bo już w lutym musiałam wskazać uczelnię i kierunek, na który się wybieram. I wybrałam- coś zupełnie przeciwnego. Dlaczego? Cóż, zawsze byłam rozerwana między tymi dwoma zawodami, tyle że wszyscy mi powtarzali "serio? chyba żartujesz, przecież po tym pracy nie znajdziesz..." itd. Poza tym bałam się, że moje oceny nie wystarczą, by dostać się na dobrą uczelnię. Teraz jestem po pierwszym roku, drugi zapowiada się ciekawie, jednak ja cały czas mam wątpliwości- co by było, gdybym jednak wybrała tą medycynę? Wielu znajomych dziwi się, co ja tu robię, skoro idealnie nadaję się na lekarza. Inni nie wyobrażają sobie mnie w żadnym innym zawodzie niż ten, do którego się uczę. A ja? Cóż,  dwa miesiące temu o mały włos nie rekrutowałam się na dziennikarstwo i medycynę, a aktualnie bardzo poważnie rozważam rzucenie tego wszystkiego i otworzenie hotelu ;)



Wracając do dziewczyn i ich dylematów. Bały się, czy się dostaną na wymarzoną uczelnię i czy ich kierunek im się spodoba, jednak przede wszystkim bały się utraty roku. I tu przechodzimy do sedna sprawy, czyli do popełniania błędów. Człowiek na błędach się uczy i nie da rady przez całe życie żyć pod kloszem (potwierdzone info!). Nie można z góry zaplanować całego życia, chociażby się nie wiem jak chciało, ponieważ życie kryje w sobie wiele niespodzianek i nie każdą z nich można przewidzieć. Czym jest jeden rok w obliczu całego życia? Czy lepiej zaryzykować jeden rok i znaleźć to, co nas naprawdę kręci, czy może lepiej utknąć na studiach, a potem w pracy, która nas najzwyczajniej w świecie nudzi? Potem idziemy do urzędu i natykamy się na taką jedną czy drugą urzędniczkę, które siedzą tam chyba za karę- bo zamiast próbować znaleźć swoją drogę poszły utartym szlakiem i skończyły jak skończyły, co na załączonym obrazku widać. I nie próbuję tu generalizować i wsadzać wszystkich urzędników do jednego worka, bo są tacy, którym ta droga się podoba i wykonują swoją pracę z uśmiechem na twarzy ;) Chodzi bardziej o to, że jeśli nie zaryzykujecie i nie spróbujecie żyć w zgodzie z samym sobą, to obudzicie się za dwadzieścia lat ze świadomością zmarnowania życia.



Nie potrafię zrozumieć pewnego zjawiska. W naszym jakże wspaniałym społeczeństwie wielki nacisk kładziony jest na wykształcenie, na dobrze zdaną maturę i studia, natomiast ludzie wybierający zawody w poważaniu społeczności "mniej ambitne" traktowani są co najmniej jak ludzie drugiej kategorii. Niektórzy chyba zapomnieli, że w życiu liczy się coś więcej niż tylko pieniądze i pozycja w społeczeństwie. Przecież te zawody też ktoś musi wykonywać, ale to wcale nie znaczy, że Ci ludzie są gorsi! Jeśli są w stanie utrzymać rodzinę i czerpią z pracy przyjemność, to są tak samo wartościowi jak lekarze czy prawnicy. A nawet bardziej, jeśli bym miała porównywać z niektórymi znanymi mi osobami, ponieważ swoją pracę wykonują z pasją i poświęceniem, a nie "byle wyklepać formułkę i idź pan stąd". Żadna praca nie hańbi, o ile jest uczciwa- i tego się wszyscy trzymajmy.



Moi drodzy, na dziś to już koniec. Ja uciekam do swoich obowiązków, a Wam życzę słonecznego i udanego września! Może wpadnie Wam jakiś wypad nad jezioro lub w góry? Wszak szkoda marnować tak piękną pogodę ;)







Strach od zawsze miał wielkie oczy, jednak gdy już wyjdzie z ukrycia, okazuje się byś malutkim, nieszkodliwym stworkiem ;)

Do usłyszenia! :) 





sobota, 25 czerwca 2016

Co z nami robi internet, czyli zbiór moich spostrzeżeń ;)



Witam wszystkich po dość długiej nieobecności! Oto ja, powracam niczym syn marnotrawny, by podzielić się z Wami kolejną porcją moich przemyśleń ;) Ze względu na dość długą przerwę miałam trochę czasu na poczynienie pewnych spostrzeżeń, a oto ich rezultaty. Tym razem na tapetę wzięłam internet i jego wpływ na co poniektóre osobniki. Jednak nie ma co przedłużać- zaczynajmy! 


Wielu z Was z pewnością choć raz spotkało się ze stwierdzeniem "Kozak w necie, p*zda w świecie". Cóż, do niedawna nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak prawdziwe jest to stwierdzenie. Swego czasu zaczęłam udzielać się na pewnym portalu związanym ze śpiewem. Ludzie robią tam to, co kochają, a przynajmniej powinni... No właśnie, powinni. Nie zliczę nawet złośliwości, które wypływały od niektórych. W moim ostatnim poście pisałam, że "człowiek człowiekowi wilkiem". Cóż, bardziej pasuje tu "człowiek człowiekowi człowiekiem". Może to ja jestem ograniczona, ale nie rozumiem idei "podcinania skrzydeł" innym czy naśmiewaniu się z nich na fb, kiedy samemu nie ma się nic specjalnego do zaoferowania. Zwłaszcza, że w większości są to ludzie, którzy się znają i nierzadko udają "przyjaciół". Rozmawiałam kiedyś z pewną siedemnastoletnią dziewczyną. Jej nagranie zostało wyróżnione z niewielką pomocą koleżanki, o czym sama zainteresowana nie miała pojęcia. Następnego dnia pod jej nagraniem zaroiło się od negatywnych komentarzy teoretycznie dorosłych i poważnych osób. Tylko dlatego, że ktoś postanowił jej pomóc. Inni publikują cudze nagrania na fb i w komentarzach wyśmiewają się z danej osoby, jednak nie mają na tyle odwagi, by powiedzieć czy napisać jej swoją opinię osobiście. 


Ostatnimi czasy nabrałam zwyczaju przeglądania komentarzy pod różnego rodzaju artykułami. To, co tam zastałam, wzbudziło we mnie grozę. Nie wiedziałam, że ludzie są zdolni do takich pokładów nienawiści. Czytając niektóre z nich było mi po prostu żal tych ludzi. Pół biedy, kiedy piszą na portalach informacyjnych jako anonimowi użytkownicy, ale komentarze na fb nie są wcale lepszej jakości. Czasami mam wrażenie, że ludzie włączając komputer czy internet w telefonie jednocześnie wyłączają myślenie. Właściwie to prawie zawsze. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego przemawia przez nas tyle zawiści i zazdrości. Przykład? Weźmy chociażby takiego Lewego. Większość społeczeństwa nie potrafi nawet w 1/1000 grać tak dobrze jak on, a i tak zawsze znajdzie się jakiś pseudo-mędrzec, który wie wszystko o wszystkim i wszystkich. Nie strzelił gola? Co z tego, że ściąga na siebie uwagę obrońców, przez co inni mogą zdobywać gole, i tak jakiś "znawca" powie, że to drewno i nie powinien grać. Właściwie to im więcej człowiek robi i ma do zaoferowania, tym bardziej jest krytykowany. I co najbardziej mnie śmieszy, taka osoba w wypadku osobistego spotkania potrafiłaby tylko jarać się zdjęciem i autografem, a odwagi na powiedzenie tego wszystkiego by "tak jakoś" jej zabrakło. Bo przecież po co, skoro wszystko zostało już napisane w internecie? ;)



Ostatni i zarazem najbardziej przerażający moim zdaniem przykład to to, co internet robi z relacjami interpersonalnymi. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do internetu, że zatraciliśmy umiejętność nawiązywania znajomości twarzą w twarz. Coraz trudniej jest nam powiedzieć coś komuś w twarz, za to z wielką przyjemnością napiszemy o wszystkim na "spotted" czy "hejted". Z sekretów wolimy zwierzyć się całkiem obcym ludziom na "anonimowi" czy "wyznajemy", niż porozmawiać z przyjacielem. Swoją drogą, w dobie internetu, coraz trudniej jest znaleźć prawdziwego przyjaciela. Ludzie, którzy w internecie dogadują się świetnie, w prawdziwym życiu nie potrafią najczęściej ze sobą rozmawiać. Zamiast spotkać się przy kawie, wolą rozmawiam na komunikatorze, bo "szybciej, łatwiej, można zaoszczędzić czas". A co robisz z tym czasem? Spędzasz go w internecie. A nawet jeśli spotkasz się ze znajomymi, to po pewnym czasie i tak sięgasz po telefon i "przeglądasz fejsa" lub inną stronę. Nie chcę tu generalizować, ale zatrważająca większość naszej społeczności boryka się z tym problemem ( i ja niestety też czasem muszę się z nim mierzyć). Pojechałam kiedyś z koleżanką za granicę. Pierwszą rzeczą, którą się zainteresowała, było zakupienie karty z internetem. Gdy już to zrobiła, prawie cały czas spędziła na fb, tak jakby ktoś jej ten telefon do ręki przyszył. Całe 9dni bezustannego klepania w telefonie. W dzień i w środku nocy, w domu i na zewnątrz, w sklepie i w muzeum. Cały czas. Wtedy byłam przerażona, że tak się da, a teraz? Teraz to nie robi na mnie już wrażenia. Czasami mam wrażenie, jakby całe życie przeniosło się do internetu. Nie masz konta na fb, twitterze czy innym portalu? Człowieku, jak ty się uchowałeś? Nie wiesz, co Cię omija! No właśnie- nie wie, bo spędza czas inaczej. Żyje prawdziwym życiem, nie marnuje go na oglądanie durnych filmików czy obrazków. Ma prawdziwych przyjaciół, a nie "internetowych". Spójrzmy prawdzie w oczy- ilu z Waszych (zapewne licznych) znajomych z fb odwiedziłoby Was w szpitalu, gdyby coś Wam się stało? Myślicie, że większość? Ha! Na ponad 700 moich znajomych może z 10 napisało i spytało, jak się czuję. Nie wliczając rodziny. 10 osób. Słownie DZIESIĘĆ. Wszystkie, z którymi utrzymywałam wtedy bliższe kontakty. Smutne? Trochę. Jednak będąc rozeznaną w dzisiejszych czasach uważam, że to i tak dużo. Nie liczyłam na odwiedziny, bo to było za daleko, ale jak myślicie, ilu z Waszych znajomych odwiedziłoby Was, gdybyście byli w szpitalu w swoim mieście? Pewnie jeszcze mniej, niż by napisało. Sad, but true.


Na koniec taki paradoks: internet został stworzony po to, by zaoszczędzić ludziom czasu. Cóż, chyba coś poszło nie w tą stronę, w którą powinno. Mam nadzieję, że po przeczytaniu moich rozmyśleń chociaż na chwilę usiądziecie i przemyślicie swoje życie. Czy właśnie tak chcieliście spędzać swój wolny czas? Czy właśnie w ten sposób wyobrażaliście sobie swoje życie? Wstańcie i wyjdźcie na dwór, bez słuchawek, bez telefonu. Wyjdźcie i pójdźcie na przykład do parku. Podziwiajcie okolicę, podziwiajcie dźwięki natury. Odetnijcie chociaż na chwilę tą pępowinę łączącą Was z telefonem i internetem. Obiecuję, że nie będziecie żałować! Ja tymczasem uciekam do swojego życia! 









Do napisania!


poniedziałek, 7 marca 2016

... a kiwi kiwi kiwi"

Witam! Dzisiaj będzie krótko, z zahaczeniem o tematy polityczne. Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę ich tu poruszała, jednak po tym, co ostatnio czytam, postanowiłam (przynajmniej częściowo) nagiąć zasady. So, let's get it started! ;)



Chyba nie muszę pisać, kto wybory wygrał, kto przegrał i musiał oddać władzę, kto do sejmu się nie dostał, a kto się dostał, ale poza wnoszeniem o przerwy niewiele robi- każdy mniej lub bardziej jest w tym zorientowany. Nie będę pisała o moich preferencjach politycznych, bo te nie mają tu większego znaczenia. Nie wypowiadam się też o KODzie itp, itd, ale ludzie. Błagam. Opanujcie się! Rozumiem, że nie lubicie obecnej władzy. Że może nie podobać Wam się obecny prezydent. Ale życzyć komuś ŚMIERCI?! No błagam, bądźmy poważni. Najgorszemu wrogowi bym tego nie życzyła, a co dopiero teoretycznie obcemu człowiekowi, który bezpośrednio mi nic nie zrobił. Jak można napisać coś takiego?! Tyle mówi się teraz o pomaganiu innym, o humanitaryzmie, o uchodźcach, że biedni, że przed wojną i śmiercią uciekają, a jednocześnie życzyć śmierci komuś innemu? Tylko dlatego, że jest z innej opcji politycznej? Dokąd zmierzasz, ludzkości? 




"Człowiek człowiekowi wilkiem...

sobota, 27 lutego 2016

O sztuce przebaczania, czyli jak ułatwić sobie życie ;)



Witajcie w Nowym Roku! Tak, wiem, to powinno być jakieś 2 miesiące temu, jednak trochę się u mnie działo- szpital, sesja, chociaż ona nadal trwa, do tego miliard spraw osobistych... Nie czas jednak roztrząsać się nad moim życiem prywatnym, więc przejdźmy od razu do tematu ;) Już na samym początku zaznaczam, że jest to kolejny post z moimi przemyśleniami, więc jeśli masz jakieś ale, wciśnij CTRL+W. Resztę zapraszam do lektury ;)



W moim życiu, jak do tej pory, pojawiło się sporo "skomplikowanych" sytuacji. Nie wiem, z czego to wynika (może po prostu jestem za dobra dla ludzi), ale do tej pory niewiele moich znajomości nie skończyło się tym, że zostałam sama i wykorzystana. A przynajmniej tak się czułam. Podstawówka, liceum... Gdybym miała wypisać wszystkich, to post ciągnąłby się w nieskończoność, a pewnie i tak bym o kimś zapomniała. Czasami lżej, czasami mocniej, jednak zawsze czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek mnie. Wziął, zmiął i wyrzucił. I tu muszę zaznaczyć, że mam, nieskromnie mówiąc, bardzo dobrą pamięć. Przez te lata trochę się tych osób nazbierało, trochę dużo. I czasami, gdy miałam gorszy dzień, przypominałam sobie co poniektóre sytuacje. Zwłaszcza wtedy, gdy już leżałam zapłakana w łóżku (wahania hormonalne, te sprawy- kobiety rozumieją, mężczyźni znają z doświadczenia ;) ). 



Gdy zaczynałam studia, napisałam do pewnej dziewczyny. W szkole nie przepadałyśmy za sobą, jednak tu załapałyśmy od razu kontakt i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że się zakolegowałyśmy. Przynajmniej w pewnym stopniu. Siedziałam u niej na herbacie i jakoś zeszłyśmy na temat starych czasów. Przeprosiłyśmy się, pożartowałyśmy nawet z tego, jakie byłyśmy... I powiem szczerze, że coś wtedy we mnie drgnęło. Wróciłam do siebie i zaczęłam rozmyślać. Wcale nie musiała mi pomagać. Mogła dalej trzymać w sobie urazę, mogła mnie wyśmiać, kazać "spadać na drzewo" i miałaby do tego jak najbardziej prawo, a mimo to mi pomogła. Wtedy po raz kolejny już zaczęłam się zastanawiać, czy nie łatwiej byłoby po prostu przebaczyć i zapomnieć?




Łatwo powiedzieć, znacznie trudniej wykonać. Jednak od tamtego dnia codziennie próbowałam coś z tym zrobić. Przebaczyć chociaż trochę. Chociaż trochę spróbować wyprzeć z głowy złe wrażenia, które pozostały i przywołać te dobre. Nie było łatwo, od razu mówię. W najbardziej kryzysowych momentach cała złość powracała ze zdwojoną mocą i gdybym wtedy spotkała te osoby... Cóż, mogłaby z tego wyniknąć niemała kłótnia. A potem był moment, gdy całe życie stanęło mi przed oczami. No dobra, może nie całe, ale przynajmniej połowa. Ta znacznie lepsza połowa. Każda jedna chwila spędzona z tamtymi osobami. Dyskoteki, przerwy, wycieczki, kluby... I uświadomiłam sobie, że wtedy byłam szczęśliwa i nawet pomimo tego, jak się skończyło, to powinnam być wdzięczna tym osobom za chwile, które teraz mogę wspominać z uśmiechem. Jasne, że niektóre wspomnienia bolą. Albo inaczej- boi świadomość, że te chwile już nie wrócą. A przynajmniej nie w takim składzie, w jakim je przeżyłam. Ale mimo to staram się o nich myśleć. 




Czy przebaczyłam? Tak. Mimo, iż niektóre rzeczy będę pamiętała, zwłaszcza niektóre zakończenia, jednak to nic w  porównaniu z tym, co zyskałam. Wybaczam i sama o to wybaczenia proszę, bo kto jak kto, ale ja święta też nie byłam ;) Dzięki temu czuję się z pewnością lepiej, jest mi najzwyczajniej w świecie lżej, no i w pewnym sensie wiem, że mogę w 100% ruszyć naprzód. 




Co poradziłabym innym? 



Pielęgnujcie w sobie te dobre wspomnienia, nie rozpamiętujcie, nie chowajcie urazy, nie odkładajcie niczego na później- bo później może nigdy nie nadejść. I przede wszystkim doceniajcie to, co macie.  Jesteśmy tylko ludźmi, a każdy człowiek popełnia błędy. Życie jest za krótkie, aby się przejmować ;). Ja tymczasem uciekam do swoich spraw, a Wam życzę udanego weekendu lub, jeśli ktoś jest w podobnej sytuacji, udanych ferii ;)




Do zobaczenia!










sobota, 2 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015 + życzenia :)

Kolejny rok za nami. Mam wrażenie, że każdy rok przemija coraz szybciej. A może to my śpieszymy się coraz bardziej? W każdym razie mamy już rok 2016, czas więc podsumować 2015 :)

Czy 2015 był lepszy od 2014?

1. Skończyłam szkołę
2. Zdałam maturę
3. Zaczęłam studia
4. Przekonałam się, na kogo mogę liczyć
5. Poznałam przecudownych ludzi
6. Umocniłam przyjaźnie
7. Odcięłam się od toksycznych ludzi
8. Rozwijam swoją pasję
9. Nikt mi nie umarł
10. Dotrzymuję słowa
11. Powiększyła mi się rodzinka :D


Taak, zdecydowanie był lepszy. Mimo iż w moim życiu pojawiła się mała niespodzianka i ostatni czas zmuszona jestem do abstynencji, to nie mogę narzekać. Mam przy sobie przyjaciół, którzy mnie wspierają i zawsze służą dobrą radą i ramieniem, a przede wszystkim znoszą moje kryzysowe momenty. I za to im dziękuję z całego serducha. Co do postanowień noworocznych... W tym roku nie robię żadnych. Chcę być po prostu coraz lepszym człowiekiem i cieszyć się z tego, co mam. A jak wyjdzie, to zobaczymy za rok :)




Dobrze, na mnie już czas. Wracam do pakowania się i mam nadzieję, że będę miała okazję za niedługo dla Was napisać. Tymczasem życzę Wam szczęścia i radości w Nowym Roku.  Szczęścia, zdrowia i miłości, bo to trzy najważniejsze rzeczy. A ja dziękuję..


-> dziękuję Wam za to, że tu wchodzicie i to czytacie.
-> dziękuję najbliższym za wsparcie.
-> dziękuję Rodzicom i mojej siostrze
-> dziękuję Nice, Piotrkowi, Damianowi, Kasi, Magdzie, Emilce, Mateuszowi, Ajce, Oli i Klaudii... Dziękuję, że jesteście. Że byliście.




Do usłyszenia :)





czwartek, 12 listopada 2015

O sile słów, czyli jak ważne potrafią być słowa ;)

Tym razem moja wena na pisanie nie odeszła na długo, więc znów pragnę podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami. Częściowo będzie to wpis edytowany (pierwotna wersja pojawiła się na blogu pod koniec stycznia), jednak chciałabym coś jeszcze dodać, być może rozszerzyć post. Nie wiem, jak wyjdzie, jednak to pozostawiam do oceny Wam. Zatem życzę Wam miłej lektury i zabieram się do pracy. Dziś znów pochylę się nad siłą słów. Ale dość tych wstępów. Zaczynamy!



Mam za sobą dość intensywny okres. Zmieniłam miejsce zamieszkania, zaczęłam studia za granicą, co wbrew pozorom wcale nie było łatwe do zorganizowania. Niejednokrotnie jeździłam do Berlina, siedziałam po nocach pisząc eseje czy wypełniając dokumenty i parę razy byłam bliska powiedzenia sobie dość. Kiedy nie odnajdywałam się w dość skomplikowanych procedurach rekrutacji, miałam ochotę usiąść i rzucić to wszystko w cholerę, wszak dostałam się na studia w Polsce, więc w sumie po co mam wyjeżdżać? W takich chwilach nieocenione okazało się wsparcie najbliższych. Wiele razy usłyszałam od nich: Kto ma dać radę, jak nie ty? Jesteśmy z Ciebie tacy dumni... 



A jak często TY wspierasz swoich bliskich?



Wiem, że czasami niektóre czynności wydają nam się bezsensowne. Po co mówić komuś po raz milionowy, że się w niego wierzy, skoro ta osoba bardzo dobrze o tym wie? Jaki jest sens w powtarzaniu wciąż tych samych słów? Uwierzcie mi, że warto. Czasami jedno zdanie może zmotywować człowieka i pomóc mu przezwyciężyć strach, jakieś obawy, które nam wydają się bezpodstawne. Tu nie chodzi jednak tylko o nas, ale o innym, przede wszystkim o nich. Nam powiedzenie tych paru słów nic nie zrobi, a już na pewno nie zaszkodzi, a innych może podnieść na duchu i sprawić, że się nie poddadzą. Zaczęłam stosować tą technikę od trzech lat i wprawdzie to nie ja powinnam oceniać jej skutki, jednak myślę, że przynosi ona pozytywne efekty. Ba, sama widzę efekty na sobie. Co prawda słyszę te słowa znacznie rzadziej niż moi przyjaciele, jednak te parę razy pokazuje mi, jak wiele dają słowa. 



No właśnie, słowa... jak wielu z Was zwraca uwagę na słowa wypływające z Waszych ust? Jak wielu z Was zdaje sobie sprawę z ich wagi? Słowa potrafią pokrzepić, jednak niewłaściwie użyte potrafią wyrządzić niewyobrażalną krzywdę innej osobie. Czytałam kiedyś artykuł, że aby zniszczyć czy uzdrowić człowieka, nie trzeba wcale czynów, a przynajmniej nie odgrywają one aż tak dużej roli, jak słowa. Może to głupi przykład, ale gdy moja Babcia umierała, to wszyscy staraliśmy się przy niej być. Lekarz dawał jej maksymalnie miesiąc, przeżyła ich jeszcze jedenaście. Staraliśmy się ją wspierać, nawet w tych momentach, gdy mieliśmy dość. Zwłaszcza ostatnie dwa miesiące były niezwykle trudne. Pamiętam, jak siedziałam z nią cały dzień i prosiłam, by nie umierała. By jeszcze wytrzymała chociaż tydzień, chociaż miesiąc. Co dziwne, odeszła dopiero wtedy, gdy dostała pozwolenia od mojej Mamy i jej brata. Wiem, jak to brzmi, dla mnie to też brzmiało jak absurd, jednak ta sytuacja tylko potwierdza to, o czym już napisałam. Słowa potrafią zdziałać cuda. 



Wiem, że czasami trudno jest kontrolować słowa płynące od nas, zwłaszcza w złości. W czasie kłótni często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo ranimy nimi drugą osobę. Może inaczej. Nie doceniamy tych słów, umniejszamy ich moc. Nieraz w czasie kłótni powiedziałam coś, czego od razu żałowałam, jednak prawda jest taka, że tych słów nie da się cofnąć. Zdanie raz wypowiedziane nie może zostać "odpowiedziane", to tak niestety nie działa. Kontrolowanie słów wypływających z nas pod wpływem emocji jest trudne, jednak moim zdaniem każdy powinien dążyć do uzyskania tej umiejętności. W przeciwnym razie któregoś ranka możecie obudzić się z przerażeniem wymalowanym na twarzy, uświadamiając sobie, jak wiele złego wyrządziliście innym, a jak łatwo można by tego uniknąć. 



Na koniec chciałabym podzielić się z Wami paroma słowami, które wbrew pozorom mają wieeelką moc. Proszę. Dziękuję. Przepraszam. Dzień dobry. Do widzenia. Miłego dnia. Zwłaszcza te trzy pierwsze, choć niekoniecznie popularne, są niezwykle magiczne. Nie bójcie się ich używać! Ja tymczasem kończę swoje przemyślenia na dziś i powoli zbieram się do domu. 




Miłego dnia!















czwartek, 5 listopada 2015

Odrobina szczęścia

UWAGA! Kolejny wpis zawierający moje osobiste refleksje. Jeśli nie podobał Ci się poprzedni, to wciśnij crtl+w ;)


Znowu zaliczyłam dość długą nieobecność, za którą na wstępie chcę Was przeprosić. Do tej pory nie wierzę, jak wszystko może się zmienić przez nieco ponad trzy miesiące, jednak życie ma to do siebie, że lubi zaskakiwać. Z osobistych osiągnięć mogę pochwalić się tym, że dostałam się na studia i doszło mi przez to trochę obowiązków, jednak nie narzekam. W końcu kto ma dać radę, jak nie ja? Nie to jednak będzie tematem mojego dzisiejszego postu. Gotowi? Mam nadzieję, że tak, ponieważ przygotowałam dla Was zbiór moich przemyśleń z ostatnich paru tygodni. Ale dość tych wstępów! :)



Zapewne wielu z Was zna to uczucie, gdy patrzycie na innych ludzi i mówicie "też bym tak chciał/chciała, ale...". No właśnie, ale. Prawie zawsze, prędzej czy później, w naszej głowie pojawia się mały złośliwiec, który podsuwa nam najgorsze z możliwych scenariuszy i sprawia, że opanowuje nas strach. To on tworzy te wszystkie ale, to przez niego zostajemy sparaliżowani i nie chcemy ryzykować. Jak ja to dobrze znam... Wiele razy wmawiałam sobie, że coś nie jest dla mnie, że nie dam rady, bo jestem za słaba, bo na pewno się nie uda, że znowu coś się stanie. Że nie jestem wystarczająco dobra, że może mi się coś stać. 


Pewnego słonecznego, choć niekoniecznie pięknego sierpniowego dnia usiadłam na ławce w parku i czekając na koleżankę zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Spoglądając w przeszłość dostrzegłam wiele sytuacji, w których powinnam zaryzykować, jednak zbyt bardzo się bałam, by to zrobić. Cóż, strach ma wielkie oczy, ale wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że mogę już nigdy w życiu nie mieć szansy, by wykorzystać podobne okazje. I dopiero wtedy naprawdę się przeraziłam. Przez parę lat żyłam w przekonaniu, że nie mogę narażać się na żadne niebezpieczeństwa, nałożyłam na siebie klosz i tak naprawdę nie widziałam, ile mnie przez to omija. Postawiłam sobie za cel znaleźć bezpieczne studia, po których dostanę stabilną pracę, założyć rodzinę... I tak bardzo skupiłam się na dążeniu do tego, że zapomniałam o tym życiu, które jest teraz.


Siedziałam tam wtedy i obserwowałam innych, jednocześnie myśląc o swoich znajomych. Myślę, że pewnie większość z Was zauważyła taką zależność- im ktoś ma gorzej w życiu, tym bardziej docenia to, co od życia dostaje. Biedni ludzie o wiele bardziej doceniają to, co zsyła im los, śmiertelnie chorzy cieszą się każdą swoją chwilą, którą mogą spędzić z najbliższymi, podczas gdy Ci, którzy mają teoretycznie najlepszą sytuację i niczego im nie brakuje, najbardziej narzekają. Ciągle im czegoś brakuje, ciągle by chcieli czegoś nowego, podczas gdy niewielu z nich docenia, jak wiele szczęścia w życiu mieli. Goniąc ciągle za szczęściem nie dostrzegamy, że kryje się ono w każdej jednej chwili, w każdej sekundzie, którą mogliśmy przeżyć, w każdym jednym spojrzeniu na świat. Tak usilnie próbowałam odnaleźć szczęście, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że ono cały czas ze mną było. W każdej sytuacji, w każdym momencie. Nie doceniałam ludzi, którzy byli dla mnie, nie doceniałam tego, że mogę się w spokoju i zdrowiu uczyć, rozwijać... Czy naprawdę musimy coś stracić, żeby to docenić? Dlaczego zawsze dostrzegamy to, co nam ucieka, jednak nie umiemy cieszyć się tym, co jest? 




Tamtego dnia postanowiłam coś zmienić. Powiedziałam sobie- dość. Nie można tak dalej żyć. Życie jest kruche i nigdy nie wiesz, kiedy się skończy, więc żyj. Żyj tak, jakby jutra miało nie być. Żyj tak, jak zawsze chciałaś i nie zważaj na to, co ktoś pomyśli. Przez parę ostatnich lat zbyt bardzo skupiałam się na tym, co pomyślą inni, by dostrzec to, co jest dla mnie najlepsze. Nie wierzę, że to piszę, ale nauczcie się być egoistami. Myślcie o sobie, stawiajcie siebie na pierwszym miejscu, bo to Wasze szczęście jest dla Was najważniejsze. Życie macie tylko jedno, więc przeżyjcie je jak najlepiej. Nie dajcie sobie wmówić, że się do czegoś nie nadajecie, że jesteście gorsi od innych. Nie jesteście. Nie ma pojęcia "lepszy" czy "gorszy", bo każdy jest tyle samo wart. Nauczcie się być egoistami, ale nie krzywdźcie jednocześnie innych. Nie budujcie szczęścia na cudzym nieszczęściu, ale nie pozwólcie, by inni Was ograniczali. Nie bójcie się być sobą. Jeśli ktoś Was naprawdę polubi, to tylko za to, jacy naprawdę jesteście. I najważniejsze- otwórzcie się na miłość. Nie bójcie się kochać i być kochanymi. Kochajcie przyjaciół, rodzinę, nawet wrogów, bo to oni definiują to, kim jesteśmy. A przede wszystkim kochajcie samych siebie.



Na dziś to koniec moich przemyśleń. Mam nadzieję, że Was za bardzo nie zanudziłam. Ja tymczasem uciekam do spania, a Wam życzę udanego listopada. Nie dajcie się pogodzie i nie zapominajcie o tym, co najważniejsze!



Who deserves it more than u? 












niedziela, 19 lipca 2015

Dlaczego warto mieć własne zdanie?

Dość długo zastanawiałam się nad tym, jak ugryźć ten temat. Ba, czy w ogóle jest sens, by coś na ten temat pisać, jednak po pewnym czasie doszłam do wniosku, że warto. Może skłoniły mnie do tego pewne wydarzenia z mojego życia? Nie wiem. W każdym razie dziś chciałabym podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami odnośnie własnych przekonań. Już na wstępie mówię, że post będzie się nieco różnił od ostatnich, będzie bardziej... osobisty? Na pewno zawiera wiele moich przemyśleń, jest subiektywny. No ale od tego jest blog. A więc do dzieła.


Każdy z nas ma swój własny pogląd na pewne sprawy. Ostatnio mówiłam o tolerancji, więc i teraz weźmy ją za przykład. Część z Was ma pewnie podobne zdanie do mojego, inni mogą uważać, że moje poglądy są staroświeckie. Okej, jak dla mnie super. Tak samo wygląda sprawa z wiernością, o której pisałam parę tygodni temu. I z pomaganiem innym. Widząc kogoś, czy stykając się z pewnymi rzeczami, wyrabiamy sobie opinię na ich temat. Co tu dużo mówić, najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Wróćcie myślami do przeszłości, do czasów szkolnych, kiedy po raz pierwszy zobaczyliście swoich kolegów. Ich wygląd, sposób bycia, generalnie to wszystko, co zobaczyliście przez pierwsze sekundy, miało wpływ na to, z kim w pierwszej kolejności chcielibyście się zaprzyjaźnić. Potem, z biegiem czasu, poznawaliście swoją historię, poznawaliście siebie, i co? Czasem okazywało się, że osoba, którą od razu skreśliliście, jest całkiem spoko. Albo koleżanka, na którą spojrzeliście łaskawym okiem, wcale nie jest tak fajna, jakby się wydawało. Kiedy ja szłam do gimnazjum, miałam taką sytuację. Dziewczyna, która wydawała się być całkiem w porządku, okazała się być niewarta uwagi. Nie potrafiła mieć swojego zdania i dosłownie zachowywała się jak chorągiewka. Co z tego, że umiała się wpasować w towarzystwo i była "lubiana", skoro każdy mógł nią dowolnie manipulować. Żeby nie było, że nie jestem samokrytyczna- mi też zdarzyło się zmienić zdanie pod wpływem presji grupy. Oceniłam kogoś przez pryzmat przeszłości, bo usłyszałam o niej parę historii, które zdarzyły się dawno temu. I uwierzyłam. Rok później, kiedy część moich znajomych odwróciła się ode mnie, ona wyciągnęła dłoń. Była. I nie skreśliła mnie tylko dlatego, że ja skreśliłam ją. A ta dziewczyna-chorągiewka? Po historii z tą odrzuconą jej też dałam szansę, jednak na dłuższą metę nic z tego nie wyszło. Cóż, nawet moja cierpliwość ma granice, a przyjaźń z osobą, która ciągle zmienia swoje poglądy, jest uciążliwa. 


W późniejszych latach coraz częściej zdarzały mi się sytuacje, w których nie mówiłam własnego zdania. Dlaczego? Sama nie wiem. Może nie chciałam sprawić nikomu przykrości? A może bałam się, że zostanę sama? Naprawdę nie wiem. Lawirowałam między dwójką znajomych, która się dosłownie nienawidziła. Któregoś razu pozwoliłam przyjaciółce okłamać jedną z tych osób tylko po to, by druga z nich poszła z nami na piwo. Nie kazałam im się ogarnąć, można wręcz powiedzieć, że też w pewnym sensie zostałam zmanipulowana. Chcący czy niechcący, ale jednak. Wszystko zmieniła jedna, na pozór nic nie znacząca, wymiana zdań. Poszliśmy wtedy do parku i sama nie wiem, jak zeszliśmy na ten temat.


- Wiesz co, Gosia... Ty jesteś taka sama jak ja.- powiedział mi mój kolega. Przeraziłam się wtedy, ponieważ znałam go dość dobrze i naprawdę, nie był to komplement. Ów kolega może i był oczytany, jednak pewne kwestie, takie jak np. kultura osobista w pewnych sytuacjach, pozostawiały wiele do życzenia. Przynajmniej wtedy.
- Co masz na myśli?- zapytałam zaintrygowana.
- No to, że jesteś oportunistką.
- Czym?
- Jakby to powiedzieć... Dostosowujesz swoje zdanie do sytuacji. Masz swoje zdanie, ale nie wyrażasz go, by się nie narazić i by odnieść korzyść. Czy jakoś tak.


Czegokolwiek bym nie chciała, to musiałam się z nim zgodzić, przynajmniej częściowo. Przez parę lat zmieniłam się pod tym względem, jednak prędzej nazwałabym siebie konformistką. Tak czy inaczej nie byłam zachwycona tak trafną diagnozą i postanowiłam zrobić coś, by temu przeciwdziałać. I zrobiłam. Pierwszą okazję miałam tydzień później i stając w obronie przyjaciółki prawie podzieliłam naszą paczkę i prawie doprowadziłam do odwołania wyjazdu, który planowaliśmy od miesiąca. Przeraziłam się, jednak nie rezygnowałam z postawionego sobie celu. Efekt? Owszem, straciłam kogoś, na kim mi zależało. Nawet więcej niż jedną osobę. Tyle że zobaczyłam wtedy, kto tak naprawdę jest ze mną dla mnie, bez względu na moje poglądy. Do czego zmierzam opowiadając Wam akurat tą historię, która mogłaby pokazywać, dlaczego NIE warto mieć swojego zdania? Paradoksalnie wyszło mi to na dobre, o czym przekonałam się w grudniu. Rozmawiałam wtedy z ciocią mojego kolegi (przyjaciela?), która powiedziała coś, czego się nie spodziewałam. Coś, co niby nie miało aż tak wielkiego znaczenia w kontekście tamtej rozmowy, jednak utwierdziło mnie w tym, co robiłam. 

- On go może lubić, on mu może imponować. Tego nie kwestionuję, jednak to Ciebie, a nie jego, szanuje. (...) Pamiętaj o tym, bo szacunek jest o wiele ważniejszy niż "imponowanie".

Nie ukrywam, że zrobiło mi się wtedy miło, bo to jedno zdanie potwierdzało wszystko. Możesz zgadzać się z kimś innym i zdobyć jego przychylność, może nawet ta osoba Cię polubi na jakiś czas, jednak jeśli chcesz, by Cię szanowano, to musisz mieć swoje zdanie. I nie ma żadnych ale. Po prostu.


Duży wpływ na nas ma zdanie naszych bliskich. Z pewnością zauważyliście, że bardzo często przejmujecie poglądy rodziców, chociażby w kwestii polityki. Ostatnio przeczytałam gdzieś bardzo trafne stwierdzenie: Ludzie mogą Wam mówić, że macie cudowny głos, jednak wystarczy, by ktoś z Waszych bliskich powiedział "nie, nie masz.", a uwierzycie mu, mimo że sto innych osób twierdzi inaczej. Podświadomie ufamy tym, których znamy, bo przecież by nas nie okłamali. Uwierzcie mi, że zrobiliby to z łatwością. Może oni nazwaliby to naginaniem prawdy, jednak to jest to samo. Wystarczy, że przedstawią Ci sytuacje ze swojej perspektywy. Przez prawie dwa lata najpierw jedna, potem druga paczka mówiła mi prawie co tydzień: Czy ty nie widzisz, że on Cię okłamuje? Czy nie widzisz, że on jest Twoim pasożytem? On Cię wykorzystuje, skończ tą znajomość! Co tydzień. Mimo wszystkich uczuć, którymi darzyłam tą osobę, czasami miałam wątpliwości. Wszak zwracały mi na to uwagę osoby, które nie miały ze sobą kontaktu, jedynie były postronnymi obserwatorami. Dochodziło do sytuacji, że stawałam się nieufna, przez co cierpiała nasza relacja. Aż pewnego pięknego dnia podzieliłam się tymi spostrzeżeniami z kimś innym.

- Serio?- zapytała zdziwiona.- A co ty o tym myślisz?
- Wiesz, one mają po części...
- Nie obchodzi mnie, co one mówią. Co TY myślisz? Jak to dla Ciebie wygląda? Czy ty też uważasz, że on Cię tylko wykorzystuje?
- Częściej czuję się, jakbym to ja go wykorzystywała, a nie on mnie.- odpowiedziałam po chwili zastanowienia, a ona tylko się uśmiechnęła.
- No i masz odpowiedź.


Miała rację. I nie twierdzę, że moje koleżanki chciały mi zaszkodzić, albo że celowo przedstawiły mi to tak, a nie inaczej, jednak o mały włos nie zerwałam znajomości, która była dla mnie bardzo ważna. I nadal jest. Wtedy zrozumiałam jedną rzecz, którą chciałabym się z Wami podzielić. Czegokolwiek byście nie słyszeli, czegokolwiek byście się nie dowiedzieli, zawsze zadajcie sobie pytanie: co JA wiem na ten temat, co JA na ten temat myślę, czy to w ogóle jest prawdopodobne? I nie bójcie się pytać o rady innych osób. Wielu osób. Ale przede wszystkim nie zapominajcie o tym, że to Wasze przekonania są dla Was najważniejsze. Masz swoje zdanie? Okej, ale ja mam prawo do swojego. 


Ludzie są różni. Poglądy są różne. Nie myślcie, że jeśli będziecie ślepo wpatrzeni podążać za kimś innym i słuchać go we wszystkim, to że zostaniecie docenieni. Nie myślcie, że ktoś Was wtedy zobaczy. Wszak po co sięgać po kopię, skoro można mieć oryginał? Własne zdanie jest bardzo ważne, to ono pokazuje, kim jesteśmy. Jeśli co chwilę zmieniacie poglądy, przestajecie być wiarygodni w oczach otoczenia. Poza tym tracicie kawałek siebie, ponieważ podporządkowując swoje poglądy innym upodabniacie się do nich. Każdy jest inny, każdego ukształtowały inne poglądy i każdy może je wyrażać. Ba, powinien. W ten sposób może dojść do ciekawych dyskusji, z których obie strony mogą wyciągnąć wnioski. A co, jeśli zostaniecie sami? Cóż, to nic strasznego, a zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni Was za to, kim jesteście. Nie warto udawać kogoś, kim się nie jest, tylko po to, by zyskać chwilę uznania.



Kończę swoje przemyślenia na dziś i dziękuję tym, którzy dotrwali do końca. Ja tymczasem idę świętować urodzinki siostry. Do następnego!